Kiedy w roku 1974 poleciałem do Chicago, jako współprojektant wystawy „Poland Today”, prezentowanej w chicagowskim Museum of Science and Industry, wszelkie formalności związane z moim zagranicznym wyjazdem załatwiała firma PAGART. Polskie przedsiębiorstwo zajmujące się promocją rodzimych artystów w wielkim świecie.

Artyści z PRL w wielkim świecie
Włodzimierz Wander. Saksofonista, wokalista. Prywatnie brat telewizyjnej spikerki Bogumiły Wander

W USA przebywałem dwa letnie miesiące, toteż w dniu socjalistycznego święta, obchodzonego w ówczesnej Polsce 22 lipca, wraz z innymi rodzimymi twórcami przebywającymi wówczas w Chicago, zostałem zaproszony do polskiego konsulatu na wielki, okolicznościowy bankiet. Była to znakomita okazja, aby poznać wielu naszych artystów. Zwłaszcza estradowych, występujących w Chicago na podstawie pagartowskich kontraktów.

Na owym przyjęciu spotkałem, między innymi, znakomitego saksofonistę Włodzimierza Wandera. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Z jego zespołem „Wanderpol” śpiewała wówczas Dana Lerska. Zaprzyjaźniłem się z całą grupą i później kilkakrotnie odwiedzałem nocny klub, w którym występowali. Był to sympatyczny lokal, nie wiadomo dlaczego nazwany identycznie jak słynny paryski rewiowy kabaret, czyli „Moulin Rouge”. Śpiewała w nim także, popularna wówczas w Polsce piosenkarka, Regina Pisarek. Co do Włodzimierza Wandera, to po kontrakcie wrócił on wraz z zespołem do Polski, ale na krótko. Niebawem wyemigrował do USA na stałe i w Chicago, w roku 1984, otworzył własny klub pod nazwą CARDINAL. W jego lokalu regularnie występowali artyści z Polski. Wymienię choćby Stana Borysa, Waldemara Koconia, Krystynę Prońko, czy Majkę Jeżowską. Klub działał do roku 2003. Dzisiaj w tym miejscu stoi supermarket.

Na owym bankiecie poznałem także legendarnego Jana Wojewódkę, polonijnego impresario, współpracującego z Pagartem. To on, od roku 1957, załatwiał występy polskim artystom estrady i teatru na terenie USA. Sympatyczny, niewysoki, pulchny jegomość z solidnymi bokobrodami.

Przenieśmy się do Europy. Za najważniejszy salon artystyczny tego kontynentu, jeszcze do niedawna, uważano paryską salę koncertową OLYMPIA. Zasłynęła w okresie, kiedy kierował nią genialny impresario Bruno Coquatrix. Występowały tam największe światowe sławy i był to dla nich zaszczyt. Gwiazdy francuskie takiej rangi jak Edith Piaf, czy Charles Aznavour oraz sławy z innych krajów świata, jak Julio Iglesias, Jimi Hendrix, albo The Beatles. I oto nastąpiło coś dziwnego. Bruno Coquatrix przyjechał do Polski w roku 1963. Zawodowo. Obejrzeć festiwal piosenki w Sopocie, który go znudził i rozczarował. Ale przy okazjo posłuchał bigbeatowej młodzieży występującej w klubie NON STOP, koło sopockiego molo. To akurat spodobało się francuskiemu impresario. Bez najmniejszego wahania zaprosił do Paryża zespół „Niebiesko-Czarni” z Heleną Majdaniec, Michajem Burano i Czesławem Wydrzyckim, który jeszcze wtedy nie używał artystycznego pseudonimu Niemen. Publiczność paryskiej Olympii przyjęła nasz młody zespół z sympatią. Bardzo ciepło. Coquatrix wkrótce potem zaprosił do siebie na recitalowy występ Ewę Demarczyk. Uznano ją za gwiazdę równą największym sławom i oklaskiwano wręcz owacyjnie. Nieco później występowały w Olympii także Anna German, oraz Edyta Geppert. Polska lat sześćdziesiątych - kraj, jak to określa się dzisiaj, tępy, komuszy i zapyziały, a jednak mieliśmy kim się pochwalić. Dzisiaj zapewne miałbym większy kłopot, z wymienieniem polskich „ambasadorów kultury”, choć oczywiście są tacy. Natomiast co do lat dawno minionych, to potrafię podjęty temat kontynuować, aż do końca mojego miejsca na stronie „Kurka Mazurskiego”.

Przypomnijmy zatem dawne lata Maryli Rodowicz, złośliwie dziś nazywanej Madonną RWPG. Złośliwość złośliwością, ale Czechosłowacja, NRD, czy ogromny ZSRR, to też zagranica, a dla tamtejszej publiczności repertuar Maryli i jej ekspresja, to był prawdziwy powiew zachodu. Z kolei najwyższej klasy polscy muzycy jazzowi grali w klubach skandynawskich. Najczęściej w Finlandii. Zaprezentowany w „Olimpii” bigbeatowy zespół „Niebiesko-Czarni” zaproszono na występy do Szwecji. Uwielbiano ich. Grający w zespole perkusista (a także pianista) Andrzej Nebeski, nieco później, zamieszkał w tym kraju na stałe.

Opisałem tylko artystów estrady. Gdybym miał więcej miejsca, mógłbym wymienić nazwiska wielu jeszcze innych polskich twórców z różnych dziedzin sztuki, którzy w latach PRL potrafili znacząco zaistnieć w wielkim świecie. No, ale chwilowo musi wystarczyć.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}