Ryb w naszych jeziorach systematycznie ubywa. Szukając przyczyn, wędkarze zarzucają rybakom kłusownictwo, a ci rewanżują się im tym samym. Relacje między obiema stronami od lat nie należą do najlepszych. Dodatkowe emocje wywołuje ostatnio sposób w jaki rybacy pozyskują węgorza. Coraz głośniejsze są apele, aby prawo do dzierżawienia jezior przysługiwało samorządom.
Spore poruszenie wywołały zamieszczone na jednym z portali internetowych zdjęcia śluzy „Lalka” posadowionej na styku Spychowskiej Strugi i jez. Zyzdrój Mały. Widać na nich zastawione przez rybaków sieci do połowu węgorza z oczkami o średnicy ok. 2 cm. - Nie przepłynie przez nie nawet narybek, którego w tym okresie jest dużo – alarmuje jeden z internautów i pyta: - Jak w naszych mazurskich jeziorach i rzekach ma być ryba, jeżeli dozwolone jest legalne kłusownictwo?
- Ci, którzy to zrobili powinni być natychmiast zwolnieni z pracy i dostać parę lat za kratami oraz 100 tys. zł grzywny. Jeżeli my, zwykli ludzie, nie możemy na wędkę łapać, to czemu oni mogą łapać na siatkę. Porażka – nie kryje oburzenia inny z uczestników forum na portalu Facebooka.
SPALILI TEMAT
Chociaż zwykłemu laikowi taki obrazek rzeczywiście wydaje się bulwersujący, to ten sposób pozyskiwania węgorza przez uprawnione podmioty jest zgodny z obowiązującymi już od wielu lat przepisami.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
OBURZENI RYBACY
Zarzutami o nielegalnym połowie węgorza zbulwersowani są przedstawiciele Zakładu Rybackiego w Mrągowie.
- Grupa nawiedzonych wędkarzy, która nienawidzi rybaków tylko dlatego, że ci stawiają sieci zarzuca nam, że jesteśmy gorsi od kłusowników – nie kryje oburzenia Sławomir Gruchała, główny specjalista ds. produkcji jeziorowej. - Tymi oszczerczymi wypowiedziami chcą nas wyeliminować z rynku, a tymczasem wśród nich są nam znani, mający konflikt z prawem kłusownicy. I tacy ludzie chcą być opiniotwórczy w kwestiach rybackich.
Sławomir Gruchała zapewnia, że wszystko odbywa legalnie i jest pod kontrolą. - Nasi rybacy stawiają sieci na jedną noc na danym cieku wodnym, tak jak było w przypadku śluzy w Spychowie. Robimy tak od kilkudziesięciu lat w wybrane dni, wiosną i jesienią, nic się tutaj nie zmieniło. Takich akcji nocnych jest w ciągu roku ok. 10. Jak jest dobra noc zdarza się nam pozyskać 30 - 40 kg węgorza, często jest to tylko 2 - 5 kg. Tej nocy na śluzie w Spychowie pozyskaliśmy 8 kg - mówi główny specjalista gospodarstwa rybackiego podkreślając, że wszystkie ryby niewymiarowe, które znajdą się w sieci są wypuszczane do jeziora.
SKOŃCZMY Z GOSPODARKĄ RABUNKOWĄ
Wszyscy zainteresowani, obwiniając się nawzajem, przyznają, że ryb w jeziorach systematycznie ubywa. To sprawia, że Mazury stają się coraz mniej atrakcyjnym rejonem dla turystów-wędkarzy. Ci lepiej sytuowani, wybierają np. daleką Norwegię, bo mają pewność, że stamtąd nie wrócą z pustymi rękoma. Zaniepokojone spadającą atrakcyjnością samorządy szukają kompromisowych rozwiązań. Na ciekawy eksperyment zdecydowano się w Orzyszu. Dzierżawiący tamtejsze jezioro zakład rybacki zrzekł się odławiania komercyjnego. W zamian samorząd miejski rekompensuje mu ponoszone z tego tytułu kilkunastotysięczne straty. W ten sposób jezioro jest przeznaczone tylko dla rekreacji i turystyki wędkarskiej.
Zwolennikiem takiego rozwiązania są działacze ze stowarzyszenia „Przyjazne Spychowo”. - Należy skończyć z gospodarką rabunkową zakładów rybackich. Naszym Jeziorem Spychowskim powinien administrować samorząd. To z pewnością wpłynęłoby na rozwój turystyki wędkarskiej – mówi prezes stowarzyszenia Waldemar Popielarczyk.
Z MYŚLĄ O TURYSTYCE
Wtóruje mu Adam Mierzejewski, skarbnik stowarzyszenia „Przyjazne Spychowo”, znany z odtwarzania postaci Juranda podczas szeregu uroczystości, a do tego zapalony wędkarz.
- Stawianie przestaw do połowu węgorzy na wąskich przewężeniach, jazach, śluzach, czy mostkach to żadna nowość ani sensacja. Takie metody są stosowane od dziesiątek lat – mówi na wstępie Mierzejewski, który wędkuje od dziecka, do tego ma pięcioletnią praktykę w zakładzie rybackim.
Uważa jednak, że należałoby zmienić obowiązujące przepisy i odebrać uprawnienia do odłowu gospodarczego zakładom rybackim na akwenach znajdujących się w centrum miejscowości, takich jak Piasutno czy Spychowo. - Zakłady powinny nastawić się na turystykę, wydawanie zezwoleń wędkarskich, czy pilnowanie kłusowników. Już w tej chwili przecież dochody z połowu ryb stanowią coraz mniejszy udział w ich działalności - tłumaczy.
W tej sprawie swego czasu wystosował apel do parlamentarzystów, władz wojewódzkich i powiatowych. - Ruch turystyczny, głównie z powodu braku ryb w jeziorach, słabnie. Jak będzie ryba, to sezon z dwóch miesięcy wydłuży się na cały rok. Już teraz znajomi wędkarze jeżdżą na ryby do Norwegii i dalej – mówi Adam Mierzejewski. Na połowach w Skandynawii był także starosta Jarosław Matłach. On również jest za zmianą przepisów, które umożliwiłyby przejmowanie jezior w dzierżawę przez samorządy, czy miejscowe zrzeszenia wędkarzy, tak by lokalna społeczność miała wpływ na poziom odławianych w nich ryb.
WPŁYWY CORAZ MNIEJSZE
Przedstawiciel gospodarstwa rybackiego z Mrągowa sceptycznie podchodzi do tego pomysłu. - Pojedynczych jezior nie można przejmować, one są przeważnie połączone z innymi, tworząc obwody rybackie. Tam, żeby nie dochodziło do konfliktu, może być tylko jeden dzierżawca – argumentuje.
Przyznaje jednak, że najbardziej dochodowym w działalności jego zakładu jest dział wędkarski, później hodowla, a dopiero na trzecim miejscu wpływy z pozyskiwania ryb.
- Kiedyś ten tort można było podzielić na cztery równe mniej więcej części, które przypadały rybakom, wędkarzom, kłusownikom i kormoranom. Teraz kormorany mają już prawie połowę, a pozostali dzielą się resztą – naświetla obrazowo sytuację Sławomir Gruchała.
Andrzej Olszewski{/akeebasubs}
