W Miejskim Domu Kultury otwarto niezwykłą wystawę fotograficzno-reporterską. Pod znakomitymi portretami kombatantów z naszego regionu spisano ich wstrząsające relacje z czasów II wojny światowej. Dzięki temu wystawa dostarcza nam nie tylko przeżyć estetycznych. Stanowi jednocześnie lekcję historii i to nie tę suchą podręcznikową, a czerpaną prosto z doświadczeń osób żyjących tuż obok nas, mijanych pewnie na ulicy.
HOŁD TYM, KTÓRZY PRZEŻYLI WOJNĘ
W miniony czwartek w Miejskim Domu Kultury odbył się wernisaż wystawy Mazury widziały wojnę - portrety i wspomnienia”. Stanowi ona owoc szerszego projektu zrealizowanego przez fotografika Arkadiusza Dziczka i dziennikarkę Malwinę Krawczyk. W trakcie jego realizacji Malwina zapisała przeszło 80 stron maszynopisu wspomnień, a Arkadiusz wykonał setki zdjęć.
To, co możemy obejrzeć w MDK-u, składa się z kilkunastu wybranych fotogramów przedstawiających mieszkańców naszego rejonu, opatrzonych obszernymi fragmentami ich wojennych wspomnień.
- Nasze dzieło to rodzaj hołdu złożonego tym, którzy przeżyli te okropne czasy – mówią twórcy wystawy.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Jak nam wyjaśniają, praca nad projektem zajęła obojgu kilka lat. Zaczęli w 2012 r. Na początku przemierzyli okolice Szczytna, a z czasem ruszyli dalej – do Jedwabna, Nidzicy i Olsztyna. Adresy jeszcze żyjących świadków czasów wojny brali z instytucji kombatanckich, rozpytywali też znajomych, no i szperali w internecie.
- Sesje fotograficzne i rozmowy często trwały po kilka godzin – wspomina Arkadiusz Dziczek. Kombatanci niełatwo się bowiem otwierali, ale jak już nabrali zaufania, opowiadali niezwykłe i wstrząsające historie.
NIEPOZORNY NOTES
Na jednym z fotogramów widzimy portret Urszuli Haczkiewicz, która trzyma w dłoniach z pozoru zwykły notes. Tymczasem jest to pamiątka po jej ojcu, którą miał w rękach w ostatnich chwilach życia.
Z zamieszczonych pod zdjęciem wspomnień dowiadujemy się, że w czasie II wojny światowej ojca pani Urszuli Niemcy osadzili w obozie w Działdowie. W 1944 r. w trakcie jego likwidacji, bo zbliżała się Armia Czerwona, wywieziono część więźniów koleją. W transporcie tym znalazł się także Albin Fabisiak, ojciec pani Urszuli. Wieziony nie wiadomo dokąd, był pewny, że na końcu podróży cały transport czeka zagłada. Dlatego napisał w swoim notesie wielkimi literami: „Polaku, jadę na śmierć, odeślij to do, rodziny”, po czym wyrzucił go przez szparę w ścianie wagonu. Jakiś kolejarz musiał znaleźć ów notatnik, bo trafił on do Instytutu Medycyny Sądowej w Poznaniu. Wkrótce po wojnie instytut opublikował w prasie listę ofiar obozu w Działdowie, pośród których figurowało nazwisko Albina Fabisiaka. Pani Urszyla szybko pojechała z mamą do Poznania i tam m. in. czekał na nie ów notes, świadek ostatnich chwil życia głowy rodziny.
- Na jego widok i po odczytaniu zapisków, mama zemdlała z wrażenia - wspomina pani Urszula.
PRZYMUSOWA OBYWATELKA SZCZYTNA
Obecność kombatantów na wernisażu dała nam możliwość krótkich rozmów z nimi. W ich trakcie dowiedzieliśmy się m. in. jakim sposobem Urszula Haczkiewicz, jako mieszkanka Olsztyna, trafiła do Szczytna. W latach 50., na fali represji władzy ludowej wobec rodzin akowskich, cała jej rodzina, jak i wiele innych o podobnych korzeniach, została wywieziona ze stolicy województwa. Trafiali w różne miejsca, oni akurat z tym, co zdołali złapać w ręce, zostali odtransportowani do Szczytna.
- Wysadzili nas na targowisku, bez dachu nad głową i wiktu, za to ze słowami: teraz róbcie co chcecie! - wspomina kombatantka.
JAK SIĘ ŚMIAĆ?
Znamienne w treści są też ostatnie akapity wspomnień Józefa Rogali, który zmarł krótko przed wernisażem. Pod jego portretem w końcowych wersetach, gdy jest proszony o uśmiech do fotografii, mówi tyle:
- Co tu się śmiać? Jak ja nie mogę. Nie życzę wam młodym ludziom, abyście kiedykolwiek mieli z wojną coś wspólnego...
Dodajmy, że Józef Rogala był żołnierzem kampanii wrześniowej, potem walczył w szeregach AK. Trafił też do Majdanka oraz ... radzieckiego obozu w Kazaniu. Wywieziono go do ówczesnego Związku Radzieckiego prosto z zebrania wiejskiego, w 1944 r., gdy wojna jeszcze trwała.
NIEZWYKŁA LEKCJA HISTORII
To, co opisano powyżej, to tylko niewielkie fragmenty tego, z czym mamy do czynienia na wystawie. Zamieszczone pod kilkunastoma znakomitymi portretami wstrząsające historie ludzkie są warte poznania. A to przecież dzieje osób, które żyły i żyją tuż obok nas, i które pewnie spotykamy na ulicy. Dlatego też trzeba po prostu przynajmniej zajrzeć na wystawę. Da ona nam wielokroć więcej niż najlepszy podręcznik do historii.
Marek J. Plitt{/akeebasubs}
