Od trzech lat, podczas wakacyjnych miesięcy, kilka godzin dziennie spędzam na ratuszowej wieży.
Co prawda nie na samym jej szczycie, ale w połowie drogi od wejścia do szczycieńskiego ratusza. Czyli na pierwszej kondygnacji ponad poziomami biurowymi. Na podstawie umowy z Urzędem Miejskim w Szczytnie oraz Towarzystwem Przyjaciół Muzeum w Szczytnie urządzam tu sobie niewielką pracownię, gdzie pisuję felietony, projektuję plakaty i inne druki do letnich, szczycieńskich imprez, a także maluję pamiątkowe obrazki. Równolegle pełnię rolę informatora, a także biletera, wobec turystów, dla których otwiera się wieżę w godzinach, kiedy tam jestem. Zwiedzających bywa sporo. Wczasowicze z całej Polski, a także goście zagraniczni dzielnie maszerują na sam wierzchołek, aby popatrzeć na wspaniałą panoramę otoczenia Szczytna. Poziom widokowy naszej wieży odpowiada dwunastej kondygnacji typowego, współczesnego budynku, toteż jest to niezła wspinaczka. Nic to dla wakacyjnych turystów. Wesołych, zrelaksowanych i optymistycznie nastawionych do świata. Przy tym zawsze skorych do pogawędki. Bywają takie dni, że nie mam chwili czasu, aby popracować artystycznie, bowiem zasypany gradem pytań głównie gadam, niczym akwizytor handlowy, opisując walory naszego miasta i prostując szereg zupełnie nieprawdopodobnych, wyimaginowanych informacji na temat Szczytna.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Jestem już u siebie. W ogrodzie. Cisza, spokój. Ostatnim tematem, na jaki musiałem wypowiedzieć się na wieży, podczas dzisiejszego „dyżuru”, był Krzysztof Klenczon. Ciekawa sprawa. Przyszła na wieżę para eleganckich starszych państwa. Tak na oko - inteligencja z dużego miasta. Mężczyzna spytał mnie: „Podobno można na wieży obejrzeć wystawę zdjęć Marka Karewicza?”. „Oczywiście - zapraszam dwa piętra wyżej” - odpowiedziałem. Jest na wieży ciekawa ekspozycja związana z Krzysztofem Klenczonem. Wystawione na niej fotogramy z końca lat sześćdziesiątych są rzeczywiście autorstwa Marka Karewicza, a były robione na okładki płyt „Czerwonych Gitar”. Para zwiedzających poszła na górę. Po powrocie siwowłosy turysta zadał mi dziwne - tak mi się przynajmniej wydało - pytanie. „Proszę pana, wystawa zdjęć Karewicza dotyczy Krzysztofa Klenczona. Czy może mi pan Powiedzieć, co wspólnego ma Klenczon ze Szczytnem?”. No i zaczęła się długa rozmowa. Goście wieży byli zdumieni tym, co usłyszeli. Krzysztof Klenczon kojarzył im się dotąd z Pułtuskiem i Gdańskiem. Ciekawostką natomiast jest to, że o Marku Karewiczu, światowej sławy (dużo później niż w czasach Czerwonych Gitar) fotografiku, wiedzieli niemal wszystko.
Krzysztof Klenczon, to częsty temat rozmów z turystami. Wielu z nich sądzi, że on się tutaj urodził. Kiedy dowiadują się ode mnie, że Krzysztof przyszedł na świat w roku 1942, a Szczytno, to był wciąż jeszcze Ortelsburg, miasto niemieckie, są zaskoczeni. Nie tylko tym, że Krzysztof Klenczon urodził się w Pułtusku, ale także tym, że miasto Szczytno było niegdyś (!) miastem niemieckim. Wracając do Krzysztofa Klenczona. Poza ignorantami mam często do czynienia z autentycznymi wielbicielami Krzysztofa. Posiadającymi dużą wiedzę na jego temat. Też trochę o nim wiem, poza tym kilkakrotnie mieliśmy okazję spotkać się przed bardzo wielu laty, co niejako ubarwia moje gadulstwo. Mimo to trudno mi sprostać wiedzy niektórych interlokutorów. Natomiast niemal zawsze kończymy naszą rozmowę dokładną informacją gdzie jest cmentarz i jak trafić do grobu Krzysztofa.
Wielokrotnie zaskoczono mnie na wieży pytaniami pseudohistorycznymi, z wyraźnym wpływem literatury, czyli „Krzyżaków” Sienkiewicza. Przede wszystkim, czy jesteśmy w tej właśnie wieży, gdzie więziono Danuśkę, a także, w której sali walczył Jurand. Bardzo wielu zwiedzającym muszę wyjaśniać, że obecny ratusz nie jest średniowiecznym zamkiem, a jego budowę ukończono w roku 1936. Kiedy jeszcze do tego uzmysłowię im, że były to czasy Hitlera, mam wrażenie, że czują się jakby trochę oszukani. Zresztą Sienkiewiczowska fikcja dominuje także poza zamkiem. Bardzo wielu zwiedzających pyta mnie o miejscowość Spychowo i czy pozostały tam jeszcze jakieś pamiątki po Jurandzie. Zawsze żal mi tych ludzi, kiedy tłumaczę im jak powstało nasze powojenne Spychowo (czyli Pupy) i że nigdy nie było tam żadnego Juranda. Niemniej wszystkich ich zachęcam do odwiedzenia Spychowa, ponieważ uważam, że zrobiono tam mnóstwo dobrego dla promocji regionu. To miasteczko jest dla mnie czymś takim, jak londyńskie mieszkanie Sherlocka Holmesa przy Baker Street. Holmes wszak nie istniał, a jednak jego „muzeum” odwiedzają wielbiciele z całego świata.
Mimo zobowiązującego tytułu felietonu prawie nic nie napisałem o tym, co widać z wieży. Jedynie o tym, co na niej słychać. No to może następnym razem.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
