W jednym z moich ulubionych tygodników przeczytałem felieton Henryka Martenki.
Martenka opisuje w nim świeżo otwartą w Muzeum Okręgowym w Bydgoszczy wystawę „Niech się święci”. Jest to nostalgiczna ekspozycja przypominająca ceremoniały związane ze ślubami, chrzcinami i innymi świętami kościelnymi, a także świeckimi obchodami studenckich juwenaliów, albo pochodów pierwszomajowych. A wszystko to z minionych lat PRL. Autor opisuje towarzyszące wystawie pamiątkowe zdjęcia, plakaty, zaproszenia oraz inne okolicznościowe wydawnictwa. Natomiast szczególnie zachwyciła go prezentacja autentycznych przedmiotów z epoki – rekwizytów towarzyszących tradycyjnym uroczystościom. Zwłaszcza ich dobór, ponieważ nie są to jakieś starannie wyselekcjonowane, imponujące nietypowym wyglądem gadżety, ale najprostsze przedmioty codziennego użytku. Z pewnym uproszczeniem można je określić jako szaro-bure i siermiężne.
W Polsce funkcjonuje pięć instytucji eksponujących relikty PRL.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
W Szczytnie mieszkam około 20 lat, z czego sporo czasu spędziłem w muzeum, gdzie zatrudniono mnie na stanowisku adiunkta. Szefową Muzeum Mazurskiego w Szczytnie była wówczas Monika Ostaszewska – starszy kustosz. Obecnie Ostaszewska-Symonowicz, czyli moja żona Monika. Monika, mając specjalistyczne wykształcenie, znakomicie orientowała się w świecie polskich muzeów i w zasadzie znała je wszystkie (Warszawa, Kraków, Wrocław, Łódź i inne). Czasem bywaliśmy w tych obiektach wspólnie i miałem wówczas okazję brać udział w dyskusjach, czy „byle śmietek” z dopiero co minionej epoki (PRL) może zostać przyjęty na stan muzeum, jako pamiątkowy przedmiot użytkowy. Zdania bywały podzielone, ale Monika zawsze głosiła, że każda praktyczna rzecz, która wychodzi z użycia powinna być zarejestrowana, bo wcześniej, czy później może być ona potrzebna jako dokument swojej epoki.
Jak już napisałem, zdania fachowców były podzielone, a jednak Monice udało się zorganizować w Szczytnie, kilkanaście lat temu, wystawę „Ta nasza młodość”. Nazwę zaczerpnęliśmy z piosenki „Piwnicy Pod Baranami”, śpiewanej przez Halinę Wyrodek. Mimo niechęci centrali muzealnej w Olsztynie (muzeum w Szczytnie jest oddziałem Olsztyna) pokazaliśmy w gablotach, otrzymane w darach, od mieszkańców Szczytna, przedmioty codziennego użytku. Mimo że oficjalnie nie spełniały one kryteriów muzealnego eksponatu. Wystawa cieszyła się ogromnym powodzeniem. W skrócie opowiem, co na niej można było zobaczyć. A więc temperówkę do ostrzenia ołówków. Taką, w którą wsuwało się żyletkę. Także maszynkę do golenia z wymianą żyletek. Poza tym aż takie, zapomniane relikty przeszłości, jakim są prawidła do butów, albo męskie podwiązki do skarpetek. No i chłopięce gorseciki z podwiązkami, bo chłopaczkowie, w latach pięćdziesiątych, chodzili w krótkich spodenkach oraz bawełnianych pończochach. Także zaprezentowaliśmy białe, płócienne slipy, wiązane na troczki, obowiązkowy strój na wszystkich polskich, niegdysiejszych basenach. Całość ekspozycji zwieńczała wieloletnia kolekcja roczników tygodnika „Przekrój” przekazana dla muzeum przez Ryszarda Budkiewicza.
Czyli ten trend, o którym pisze z zachwytem felietonista Henryk Martenka, ma swój początek w Szczytnie. Bez wątpienia.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
