Czy pacjenci szpitala w Szczytnie muszą się obawiać przekładania planowanych zabiegów? Co dalej z przynoszącą ogromne straty porodówką? Jak funkcjonuje SOR i czy często trafiają na niego pacjenci pod wpływem alkoholu? Na te i inne pytania związane z funkcjonowaniem szczycieńskiego szpitala odpowiada dyrektor Beata Kostrzewa.
NIKOGO NIE ODSYŁAMY
- W ostatnich dniach głośno jest o problemach finansowych szpitali, którym już teraz brakuje środków z Narodowego Funduszu Zdrowia. Z tego powodu niektóre muszą przekładać planowane zabiegi na przyszły rok. Czy w szczycieńskim szpitalu jest taka groźba?
- U nas nie przekładamy żadnych zabiegów, mamy jeszcze wolne moce przerobowe w ramach ryczałtu z NFZ. Mieliśmy w ciągu roku parę takich zdarzeń, które spowodowały, że nie mogliśmy przyjmować tylu pacjentów, ile byśmy chcieli, ale nie były one związane z sytuacją finansową. Doszło do potężnej awarii windy, a chirurgia jest na drugim piętrze, więc wstrzymaliśmy niektóre planowe operacje. Teraz, jeśli ktoś ma coś do zrobienia, zapraszamy, nikogo nie odsyłamy.
- Jak wygląda sytuacja z płatnościami za nadwykonania z NFZ? Ile jest wam winien fundusz?
- Z reguły jest tak, że fundusz płaci. Jak nie 100%, to 60% i zawsze jakiś pieniądz przychodzi. W tym roku mamy zapłacony pierwszy kwartał za nadywkonania. Nie są to jakieś ogromne pieniądze, bo w naszym przypadku to ok. 1 milion.
TO LEKARZE STAWIAJĄ WARUNKI
- Mówi się, że zła sytuacja NFZ wynika w dużej mierze z rosnących nakładów na pensje dla lekarzy i pozostałego personelu.
- Problem wynika z tego, że ustawa o wynagrodzeniach nie zabezpiecza środków na podwyżki na tzw. PESEL, na zasadzie - jest osoba, jest kwota. Podwyżki są kalkulowane dla wykonanych świadczeń, takich jak np. porody. Jeżeli nie ma porodów, nie ma pieniędzy. My jesteśmy w sytuacji, że podwyżki są gwarantowane ustawowo i trzeba je dać. U nas połowa pracowników jest zatrudnionych na kontraktach. Oni nie są ujmowani w tej ustawie, kalkulacja opiera się na świadczeniach, które taki „kontraktowiec” wykona.
- To lepiej, czy gorzej?
- Gorzej, bo jeżeli chodzi o lekarzy specjalistów na kontraktach, to oni stawiają warunki. A specjalistów jest mało. Przykładowo, od nas odeszło dwóch kardiologów, a nie ma ich tylu na rynku, by zapełnić tę lukę.
- Czy w pewnym momencie te podwyżki nie doszły do zbyt wysokiego pułapu?{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
- Pamiętam czasy, całkiem nieodległe, kiedy różnica między płacą pielęgniarki a zasiłkiem dla bezrobotnych była naprawdę nikła. Dziś pielęgniarka ze specjalizacją i tytułem magistra zarabia ponad 10 tys. zł brutto, a do tego dochodzą dyżury w noce i święta, a także różne dodatki. To są więc już godne pensje. Lekarz specjalista z umowy o pracę zgodnie z ustawą ma zagwarantowane 12 tys. brutto i czas pracy zgodnie z Kodeksem Pracy - 160 godzin. Konieczność zabezpieczenia dyżurów powoduje, że nie mielibyśmy obsady, gdyby lekarze przeszli na umowę o pracę.
Mamy lekarzy na kontraktach i dzięki temu funkcjonujemy. Stawki są porównywalne do innych okolicznych szpitali powiatowych. Przeciętne wynagrodzenie lekarza to 30 tys. brutto. Ogólnie brakuje lekarzy specjalistów, dyrektorzy szpitali podkupują sobie lekarzy, oferując im wyższe stawki. Staram się tego nie robić, ale jak lekarz sam chce zmienić pracę, bo oprócz pieniędzy chce pracować w dobrej atmosferze, to zatrudniam go z otwartymi ramionami.
- Czy lepsze zarobki spowodowały napływ nowych osób do zawodu pielęgniarki?
- Tak. Przychodzą młode dziewczyny, które kończą szkoły, a nawet takie, które funkcjonowały na rynku pracy jako urzędniczki, ale mimo wszystko była w nich chęć bycia pielęgniarkami i nimi są.
- Jaki procent kosztów funkcjonowania szpitala stanowią koszty związane z wynagrodzeniami?
- Przez wiele lat utrzymywało się to na poziomie 70%, co i tak było bardzo dużo. Teraz to jest więcej, w niektórych przypadkach powyżej 80%. Tymczasem modelowa sytuacja powinna wyglądać tak, że 50% to koszty osobowe i tyle samo koszty związane z samym leczeniem.
- Czy pani zdaniem idzie to w dobrym kierunku?
- Na pewno potrzeba tu diametralnej reformy, ale nie może być to zrobione z naszego poziomu, samorządowego. Trzeba to zrobić odgórnie.
CO DALEJ Z PORODÓWKĄ?
- Ponad rok temu nad szpitalem zawisła groźba likwidacji oddziału ginekologiczo – położniczego, bo rodzi się na nim zbyt mało dzieci. Teraz też coraz głośniej słychać o tym, że nie w każdym szpitalu powinny być porodówki.
- Według tamtych założeń, w naszym województwie zostałyby cztery – w Olsztynie, Ełku, Elblągu i Działdowie. Od nas jest 50 km do Olsztyna, ale z innych rejonów te odległości robią się potężne. Tymczasem w ciągu ostatnich jedenastu miesięcy w naszym szpitalu było przynajmniej pięć przypadków, że gdyby nie obecność ginekologa i całego zespołu położniczego, umarłaby matka i dziecko. Teraz trzeba sobie zadać pytanie: czy to dużo, czy niedużo? Czy, kiedy w grę wchodzi ludzkie życie, trzeba brać pod uwagę czynnik ekonomiczny.
- Ile dzieci w tym roku urodziło się w naszym szpitalu?
- Do 14 listopada 187. Zanosi się na to, że będzie ich jeszcze mniej niż w całym 2024 r. Wtedy na świat u nas przyszło 250 dzieci.
- Pojawiają się propozycje, aby zamiast porodówek, w małych szpitalach tworzyć izby porodowe.
- To nic nie da. Co by się stało z tymi pięcioma pacjentkami, o których mówię, które straciłyby życie lub dzieci, gdyby nie było przy nich lekarza? Na izbie byłaby tylko położna. A nie sądzę, by w razie potrzeby chirurg zrobił cesarskie cięcie. Chyba, że mielibyśmy wojnę. Czy wszystkie te pacjentki dojechałyby do Olsztyna? Myślę, że nie.
- To jak, według pani, powinien funkcjonować ten oddział, skoro rodzi się na nim tak mało dzieci?
- Porodówki powinny mieć płacone tak jak pogotowie - za gotowość, a nie jak teraz – za poród. Jak ich nie ma, nie dostajemy pieniędzy, a oddział trzeba utrzymać. Uważam, że porodówki oddalone od dużych ośrodków, powinny dostawać pieniądze za gotowość, bo życie matki i dziecka nie ma ceny. Tego nie da się oszacować.
- Jakie straty generuje porodówka?
- W ubiegłym roku było to 5 mln złotych.
- Ile dzieci w roku musiałoby się urodzić, żeby wyszło chociaż na zero?
Co najmniej 400. Tyle było porodów przez długi czas, odkąd tu pracuję od 2003 r. Raz więcej, raz mniej, ale oscylowało wokół tej liczby.
- A czy nie dałoby się, przy tak małej liczbie rodzących się dzieci, zredukować zatrudnienie na oddziale?
- Obowiązują nas minimalne normy zatrudnienia pielęgniarek i położnych. W zależności od oddziału musi być ta norma spełniona. W przypadku oddziałów położniczych jest to 0,8 na łóżko. I ono może być puste, ale obsada ma być. U nas na oddziale pracuje czworo lekarzy, do tego położna musi być na części porodowej oraz na części połogowej i noworodkowej. Do tego jeszcze dochodzi pediatra, który bada noworodki. Poza tym ktoś musi też posprzątać i sporządzić dokumentację.
KALKULACJE BYŁY ZBYT OPTYMISTYCZNE
- Od dwóch lat w szczycieńskim szpitalu funkcjonuje zakład opiekuńczo – leczniczy. Czy jego powstanie poprawiło sytuację finansową szpitala?
- W przypadku zakładu opiekuńczo – leczniczego NFZ tylko częściowo pokrywa koszty leczenia, a większą część pacjent. Jak robiliśmy kalkulację, to zakładaliśmy, że każdy pacjent będzie miał co najmniej 2,5 tys. zł renty czy emerytury. Z tego 70% bierzemy my, a resztę dopłaca fundusz. Jednak rzeczywistość w naszym powiecie jest taka, że ludzie mają po 1300 zł, a czasem i mniej dochodu. Ale my zarobku na ZOL-u się nie spodziewaliśmy. Na pewno nie jest to coś, co będzie zarabiało dobre pieniądze i będzie dla szpitala wisienką na torcie.
- Czy ten oddział ma pełne obłożenie?
- Tak i niewykluczone, że powinniśmy zwiększać tam liczbę łóżek. Obecnie jest ich 31 plus cztery wentylowane.
ZA MAŁO PACJENTÓW NA STACJĘ DIALIZ
- Co chwila pojawia się postulat utworzenia przy szpitalu stacji dializ. Czy jest na to szansa?
- W naszym powiecie jest około 14 pacjentów wymagających dializowania. Szpital na utworzenie dla nich stacji pieniędzy nie ma, powiat – też nie. Zwłaszcza, że to nie jest coś, co można zrobić w garażyku, na zasadzie, że gdzieś postawimy fotelik i będziemy robić dializy. Tu w grę wchodzą naprawdę wysokie standardy dotyczące ludzi ciężko chorych, którzy albo czekają na przeszczep, albo są dializowani, by móc w ogóle funkcjonować. Żeby to się opłacało, musi być ich około 60. Pamiętajmy, że stacja nie musiałaby wcale działać przy szpitalu, ale np. przy ośrodkach zdrowia. My nie jesteśmy w stanie tego zapewnić, choćby dlatego, że u nas nie ma żadnego nefrologa. Wiem, że to brzmi brutalnie, ale taniej jest tych pacjentów dowieźć np. do Mrągowa.
- W ostatnich latach w szpitalu przeprowadzono duże inwestycje związane m.in. z rozbudową, utworzeniem SOR-u, ale też doposażeniem w specjalistyczny sprzęt. Niedawno uruchomiono nowoczesny rezonans magnetyczny. Czy to wszystko ma wpływ na poprawę kondycji finansowej szpitala?
- Tak, SOR mimo wszystko jest lepiej finansowany niż Izba przyjęć, zakupy sprzętu medycznego pozwalają na wykonywanie lepiej płatnych procedur. W przypadku rezonansu wykonywane są głównie procedury ambulatoryjne, służące pacjentom nie tylko szpitala. Nie mamy ortopedii i neurologii, a to dla tych oddziałów rezonans jest kluczowy. Ale wykonywane są u nas zabiegi dotyczące dróg żółciowych i chorób wątroby czy trzustki. U nas chirurdzy robią tego bardzo dużo, tak więc rezonans rozszerza diagnostykę. Ogólnie działania te poprawiają też kondycję szpitala.
CO SIĘ UDAŁO I CO JEST W PLANACH?
- Co udało się zrobić w szpitalu w tym roku?
- W tym roku, za co dziękuję całemu personelowi, otrzymaliśmy certyfikat akredytacyjny Centrum Monitorowania Jakości w Krakowie. To nasze największe tegoroczne osiągnięcie, bo za tym też idą pieniądze w kontrakcie NFZ. W tym roku z pieniędzy powiatu zaadaptowaliśmy dawne pomieszczenia poradni w budynku szpitala na rehabilitację. Ze środków za parking, a było to 120 tys. zł, wyremontowaliśmy jedno skrzydło starego oddziału wewnętrznego. Zmieniono tam podłogę, pomalowano ściany. W tym roku kończymy też dach na pogotowiu. Ponadto dostaliśmy od marszałka 2 mln zł na cyberbezpieczeństwo i wymianę komputerów.
- Jakie inwestycje planuje pani w przyszłym roku?
- Mamy informację, że jesteśmy na liście rankingowej i dostaniemy pieniądze z KPO na salę nadzoru kardiologicznego znajdującą się na internie. Wymienimy tam łóżka, zakupimy holtery. Cały wniosek opiewa na 800 tys. złotych.
W przyszłym roku czeka nas remont budynku pogotowia. Będzie on wykonywany przy udziale powiatu. Budynek ma być on przeznaczony na magazyn obrony cywilnej. Ten obiekt ma niesamowity potencjał – jest wielki, budowany w konstrukcji stalowo-betonowej, niesamowicie wytrzymały.
Mamy też gotowy projekt z pozwoleniem na budowę bloku operacyjnego. Planujemy również skorzystać z programu „Dostępność Plus” i za te środki rozpocząć prace związane z odtworzeniem historycznego wejścia do szpitala. Teraz musimy zrobić program funkcjonalno – użytkowy i to wycenić.
NOCNA PROHIBICJA NA TAK
- Jak pani ocenia funkcjonowanie SOR-u?
- Na pewno jest potrzebny, bo bardzo dużo ludzi z niego korzysta, choć nie wszyscy tego wymagają. To jest problem w całej Polsce. Niektórym trudno jest wytłumaczyć, że powinni iść do swojego lekarza rodzinnego. Dobrze, że mamy koło siebie nocną i świąteczną opiekę, dzięki czemu niektórych pacjentów możemy tam kierować. Na SOR-ze brakuje nam kadry. Nie ma lekarzy specjalistów w tej dziedzinie, która jest bardzo obszerna – od chirurgii po internę czy pediatrię. Problemem są też pacjenci, często nietrzeźwi. Dla nich powinna być izba wytrzeźwień.
- W wielu miastach trwa dyskusja o ograniczeniu dostępu do alkoholu w godzinach nocnych. U nas taką propozycję złożył radny Orzoł. Czy z pani obserwacji, dotyczących choćby funkcjonowania SOR-u, wynika, że jest to zasadny postulat?
- Jest w Szczytnie taki pub, gdzie nie ma weekendu, aby nie była wzywana karetka. Te osoby często trafiają do nas. Z reguły są one nie tylko pod wpływem alkoholu, ale i narkotyków. Więc jak najbardziej byłabym za wprowadzeniem ograniczeń.
- Głośne są przypadki ataków na lekarzy i ratowników medycznych. Czy u nas też dochodzi do takich sytuacji?
- Tak, choć nie ma tego aż tak dużo, bo jednak kara za atak na funkcjonariusza publicznego odstrasza. Ale mieliśmy przypadek, że na SOR-ze człowiek pod wpływem alkoholu wziął krzesło i ruszył na pielęgniarkę. Dobrze, że akurat był tam lekarz, który go spacyfikował. Skończyło się na tym, że agresor uderzył pielęgniarkę w rękę.
- Może w szpitalu powinna być ochrona?
- Powinna być. Odczuwamy tę potrzebę coraz bardziej, ale to kolejne koszty, na które nie mamy pieniędzy.
- Czy ma pani jakieś marzenia zawodowe?
- Chciałabym spokojnie sobie tym wszystkim zarządzać, ale tu cały czas są jakieś pożary do ugaszenia. To wypalająca praca. Naczelnym dyrektorem jestem od 2012 r., a pracuję tu od 2003 r., jako zastępca dyrektora. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Budynek był odrapany z tynku, korytarz na dole przypominał jakieś kazamaty, a łóżka pamiętały chyba II wojnę światową. Mam satysfakcję, że wiele z tego udało się zmienić, ale przecież nie zrobiłam tego sama, tylko z zespołem ludzi oraz dzięki dobrej współpracy z samorządem powiatu. My się tu po prostu lubimy i w tym tkwi cały sekret.
Rozmawiała:
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
