Z dala od ludzkich siedzib, na kolonii Małszewa, bez podstawowych zdobyczy cywilizacji, wegetuje dwoje schorowanych ludzi. Za schronienie służy im stara hydrofornia, gdzie panuje wilgoć i grzyb, a w czasie deszczu woda leje się do środka. Mimo że wielkimi krokami zbliża się zima, małżonkowie nie chcą słyszeć o powrocie do schroniska dla bezdomnych, w którym byli przed rokiem.

Czy przetrwają zimę?
Teresa i Mieczysław Blochowie zapowiadają, że za nic w świecie nie wrócą do schroniska dla bezdomnych

W STAREJ HYDROFORNI

O ludziach takich jak Teresa i Mieczysław Blochowie mówi się, że są życiowymi rozbitkami. Los nigdy ich nie oszczędzał. Oboje pochodzą z gminy Pasym – ona z Tylkówka, on z Leleszek. Wskutek konfliktów rodzinnych stracili dach nad głową. Wbrew przeciwnościom, chcieli być razem i trwają wspólnie już od blisko trzydziestu lat. Po wyrzuceniu z domów przez rodziny, osiedlili się na oddalonej do siedzib ludzkich kolonii Małszewa. Dawniej znajdowały się tu zabudowania gospodarcze i mieszkalne, ale po upadku PGR-u ich mieszkańcy przenieśli się do bloków w sąsiednich Lipnikach, a ziemia została sprzedana prywatnym właścicielom. Państwo Teresa i Mieczysław początkowo zamieszkiwali w opuszczonym drewnianym budynku, gdzie mieli jeszcze względne warunki. Niestety, kilka lat temu właściciel kazał im się stamtąd wyprowadzić, a domek zburzył. Przenieśli się więc do znajdującej się nieopodal starej, nieczynnej hydroforni. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Mimo że pan Mieczysław wstawił drzwi i okna, to budynek nie nadaje się do zamieszkiwania. Małżonkowie gnieżdżą się w jednym pomieszczeniu, służącym im zarazem za kuchnię. Nie ma tu łazienki ani ubikacji. Brak również prądu, gazu oraz bieżącej wody. Dach mocno przecieka i w czasie deszczu woda leje się do środka. Wewnątrz panuje wilgoć, a na ścianach rozrasta się grzyb. Ciepło zapewnia mieszkańcom piec typu „koza”, a jedzenie przygotowują na starej westflace. W środku, jak i na zewnątrz walają się przeróżne sprzęty stanowiące dobytek pary dzikich lokatorów. Choć sami żyją bardzo skromnie, to przygarnęli niedużego psa, a na zaimprowizowanym podwórku pan Mieczysław hoduje króliki. Zarówno on, jak i jego żona, są mocno schorowani, mają trudności z poruszaniem. Pani Teresa cierpi m.in. na zwyrodnienie kręgosłupa. Każdy ruch sprawia jej niewyobrażalny ból i aby zrobić choćby kilka kroków, potrzebuje pomocy męża. Z kolei pan Mieczysław ma uszkodzone biodro i kolano. Ich cały dochód to renta pani Teresy w wysokości 850 złotych.

SCHRONISKO TO DLA NAS WIĘZIENIE

Latem, kiedy jest ciepło, państwo Blochowie jakoś sobie radzą. Gorzej, gdy nastaną chłody i mrozy. Do ich „domostwa” trudno jest dojechać gruntową drogą nawet po deszczu, ale opady śniegu zupełnie odetną ich od świata. Na pytanie, jak zamierzają przetrwać zimę, pan Mieczysław odpowiada, że dadzą sobie radę. – Mam dobre drewno – zapewnia, pokazując niewielką pryzmę zgromadzonego opału.

Cały dobytek małżonków to stara, zagrzybiona hydrofornia oraz zgromadzone wokół niej przeróżne przedmioty

Blochowie przez pewien czas uczęszczali do Środowiskowego Domu Samopomocy w Jedwabnie. Mieli zapewniony transport, a w placówce godziwą opiekę. W zeszłym roku na czas zimy zgodzili się zamieszkać w schronisku dla bezdomnych w Marwałdzie i zrezygnowali z pobytu w domu samopomocy. Czas spędzony w placówce dla ludzi bez dachu nad głową wspominają jednak jako koszmar. – Rozdzielili nas tam, mimo że jesteśmy małżeństwem – skarży się pan Mieczysław. Jego żona dodaje, że mieszkali w pokojach 4 – 5-osobowych. – W całym schronisku przebywało ze dwieście osób – wspominają. Pan Mieczysław żali się, że dyrektor nie chciał nawet zorganizować transportu, aby wraz z grupą innych mieszkańców mógł jeździć w niedziele na msze do kościoła. Dla pani Teresy największym utrapieniem były bariery architektoniczne. – Musiałam chodzić tam po schodach, bo n ie było windy. Raz się przewróciłam – opowiada kobieta z płaczem. Wiosną postanowili wrócić na „stare śmieci”. Po doświadczeniach z Marwałdu zapowiadają, że za nic w świecie nie pójdą już do schroniska dla bezdomnych. – Czuliśmy się tam jak w więzieniu – mówią. Dlatego nie przeraża ich nawet perspektywa spędzenia zimy w wilgotnym i zagrzybionym pomieszczeniu hydroforni. Deklarują, że niczego im nie potrzeba, poza większą ilością opału. O własnym mieszkaniu nawet nie marzą. – Bo i za co mielibyśmy je utrzymać? – zastanawia się pan Mieczysław.

SZUKAJĄ ROZWIĄZANIA

Sytuacja małżonków jest o tyle skomplikowana, że choć mieszkają na terenie gminy Jedwabno, to formalnie są wciąż mieszkańcami gminy Pasym. Dlatego wspomagają ich ośrodki pomocy społecznej z obu tych gmin. – Zapewniamy tym państwu wszystko, co jest możliwe – mówi Agnieszka Skwiot, kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Jedwabnie. – Otrzymują od nas żywność, opał, mają też dowożoną wodę. Kiedy jest taka potrzeba, pracownicy wożą ich do lekarza – wylicza kierownik. Przyznaje jednak, że największy problem Blochów to brak mieszkania. Żałuje, że zrezygnowali z pobytu w schronisku. – Warunki, w których ci ludzie żyją, przerażają mnie – dzieli się swoimi odczuciami kierownik, która z racji długoletniego stażu w opiece społecznej zetknęła się z wieloma drastycznymi sytuacjami. Problem jest o tyle poważny, że nikt nie ma prawa zmusić małżonków do pobytu w schronisku. Decyzja, czy chcą tam mieszkać, należy tylko do nich. Co się z nimi stanie, kiedy przyjdzie zima? – Wspólnymi siłami z gminą Pasym szukamy rozwiązania, prowadzimy negocjacje. Na pewno nie zostaną bez pomocy – odpowiada kierownik. W grę wchodzi znalezienie Blochom jakiegoś lokum. O tym, by choćby prowizorycznie zaadaptować hydrofornię na ten cel, nie ma mowy. Obiekt należy bowiem do prywatnego właściciela i żadna gmina nie może w niego inwestować.

KTÓRA GMINA

ICH PRZYGARNIE?

Burmistrz Pasymia Cezary Łachmański zapewnia, że pamięta o swoich mieszkańcach. Zna doskonale ich dramatyczną sytuację, bo dwa razy spotkał się z nimi w urzędzie. Sam też był w Małszewie i widział warunki, w których żyją – W tym tygodniu będziemy pracować nad tą sprawą. Nie można ich tak zostawić – mówi. Jego zdaniem najlepszym rozwiązaniem byłoby umieszczenie małżonków w specjalistycznym ośrodku, gdzie zwłaszcza niedołężna pani Teresa otrzymałaby fachową pomoc i została poddana rehabilitacji.

Choć małżonkom pilnie potrzebny jest dach nad głową, to włodarze obu gmin nie palą się do tego, by im go jak najszybciej zapewnić. Wójt gminy Jedwabno Sławomir Ambroziak mówi wprost, że to nie jego obowiązek. Powołując się na informacje uzyskane od pracowników GOPS-u, zdradza, że to burmistrz Pasymia miał obiecać Blochom lokal socjalny i dodatek mieszkaniowy. Cezary Łachmański zaprzecza. – Nie jest prawdą, że obiecałem im lokal socjalny – twierdzi, dodając, że takie lokum nie spełniałoby norm odpowiednich dla tak schorowanej osoby jak pani Teresa. Z kolei zdaniem wójta Ambroziaka, obowiązek zapewnienia małżonkom dachu nad głową spoczywa na gminie Pasym, bo formalnie wciąż są jej mieszkańcami. – To oczywiste, że trzeba ich zabrać z Małszewa. Skoro nie ma szans, by wrócili do ośrodka, to należy im zapewnić lokal. To jednak zadanie gminy Pasym – przekonuje wójt.

Czy sprawa państwa Blochów znajdzie szczęśliwy finał, nie wiadomo. Czas jednak nagli, bo lada dzień nadejdą chłody, a schorowani ludzie wciąż wegetują w warunkach nieprzystających do XXI wieku.

Ewa Kułakowska{/akeebasubs}