Rodzina Siemianowskich z Witowa od dawna postuluje zamknięcie gminnej drogi, która przebiega tuż obok jej domu. Poruszający się nią ciężki sprzęt rolniczy sprawia, że w budynku pękają ściany i opada z nich tynk. Mieszkańcy wielokrotnie zwracali się do gminy z prośbą choćby o postawienie znaków ograniczających tonaż przemieszczających się tędy pojazdów, ale na próżno. - Na żadne nasze pismo nawet nie dostaliśmy odpowiedzi – żali się Ewa Siemianowska.

Dlaczego wójt nas lekceważy?
Droga, która jest koszmarem Jacka Siemianowskiego i jego rodziny, stała się przyczyną konfliktu między mieszkańcami Witowa

MIESZKAŃCY STAWIAJĄ WETO

O problemach rodziny Siemianowskich z Witowa pisaliśmy w październiku. Państwo Ewa i Jacek wraz z dzieckiem mieszkają w starym domu . Budynek jest w opłakanym stanie. Pękają w nim ściany, opada tynk, a elewacja wymaga gruntownego remontu. Wszystko przez pojazdy, które poruszają się gminną drogą prowadzącą do jednego z gospodarstw. Przebiega ona tuż obok domu Siemianowskich. Nawierzchnia wykonana ze starych betonowych płyt pamiętających czasy PRL-u wywołuje drgania, które powodują uszkodzenia ścian. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}W 2021 r. rodzina wystąpiła do Urzędu Gminy w Jedwabnie o zamknięcie drogi. Początkowo wydawało się, że postulat ten zostanie spełniony. Ponad rok temu Jacek Siemianowski otrzymał pismo od kierownika Referatu Rozwoju i Ochrony Środowiska Mariusza Kulasa z informacją, że do dzierżawcy gospodarstwa skierowano prośbę o zaprzestanie z korzystania z drogi. Nadzieje na pomyślne rozwiązanie problemu okazały się jednak płonne. Ciężki sprzęt jak jeździł rodzinie pod oknami, tak jeździ. Wszystko przez sprzeciw większości mieszkańców, którzy zamknięciu drogi powiedzieli zdecydowane „nie”. Jesienią do gminy trafiła ich petycja w tej sprawie. - We wsi powstał ogromny konflikt – mówi wójt gminy Jedwabno Sławomir Ambroziak, tłumacząc brak działań urzędu. Zdradza, że po petycji, do gminy trafiło jeszcze jedno pismo ze sprzeciwem mieszkańców. Włodarz w dużej mierze podziela ich argumenty. - Drogi są po to, żeby nimi jeździć, a ta istnieje od zawsze – zauważa.

Siemianowscy mają jednak pretensje do władz gminy o to, że nawet nie otrzymali odpowiedzi na swoje pisma. Czują się zlekceważeni tym bardziej, że bez echa pozostała ich prośba o ustawienie znaków ograniczających tonaż poruszających się drogą mieszkańców. - Rozważamy postawienie znaku, ale ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła – mówi wójt Ambroziak.

ZOSTAWIENI NA PASTWĘ CIEMNOŚCI I WILKÓW

Jak się okazuje, droga to nie jedyny problem mieszkańców. Pani Ewa żali się, że gmina wyłączyła latarnie w godzinach 23.00 – 4.00. Z tego powodu, jak mówi, nie czuje się bezpiecznie. - Ludzie trzymają w pomieszczeniach gospodarczych samochody, sprzęt, narzędzia. A przecież te ciemności mogą być zachętą dla złodziei – obawia się kobieta. Zauważa, że w innych wsiach, takich jak Burdąg i Nowy Dwór, lampy wciąż świecą. - Czy to dlatego, że jesteśmy wioską popegeerowską, tak się nas traktuje? - zastanawia się. Atmosferę zagrożenia potęguje jeszcze to, że niedawno, niemal w centrum wsi, pojawiły się wilki, które nic sobie nie robiły z bliskości ludzkich siedzib. Mieszkanka nie zgadza się z argumentami władz gminy, że w godzinach, w których latarnie się świecą, mało kto wychodzi z domu. - Są osoby wracające z pracy w Szczytnie po 23.00 – mówi.

LATARNIE ZGASNĄ, A DRAPIEŻNIKÓW NIE MA SIĘ CO BAĆ

Wójt Ambroziak wyłączanie lamp tłumaczy koniecznością szukania oszczędności. Te wymusza na samorządach rząd. Wyjaśnia, że latarnie są wyłączane sukcesywnie i wkrótce zgasną też w pozostałych wsiach, z wyjątkiem tych leżących przy drogach krajowych. Nie dziwi go również obecność wilków. - Teren naszej gminy w 70% zajmują lasy. Jak ktoś tu mieszka, to musi się liczyć z obecnością dzikich zwierząt – przekonuje, dodając, że sam pochodzi z części gminy, gdzie zawsze drapieżników tych było dość dużo i mieszkańcy przywykli do ich sąsiedztwa. - Generalnie nie stanowią one zagrożenia dla ludzi. Poza tym są pod ścisłą ochroną i my nic nie możemy z nimi zrobić – mówi włodarz.

(ew){/akeebasubs}