Rodzina Siemianowskich z Witowa od dawna postuluje zamknięcie gminnej drogi, która przebiega tuż obok jej domu. Poruszający się nią ciężki sprzęt rolniczy sprawia, że w budynku pękają ściany i opada z nich tynk. Mieszkańcy wielokrotnie zwracali się do gminy z prośbą choćby o postawienie znaków ograniczających tonaż przemieszczających się tędy pojazdów, ale na próżno. - Na żadne nasze pismo nawet nie dostaliśmy odpowiedzi – żali się Ewa Siemianowska.
MIESZKAŃCY STAWIAJĄ WETO
O problemach rodziny Siemianowskich z Witowa pisaliśmy w październiku. Państwo Ewa i Jacek wraz z dzieckiem mieszkają w starym domu . Budynek jest w opłakanym stanie. Pękają w nim ściany, opada tynk, a elewacja wymaga gruntownego remontu. Wszystko przez pojazdy, które poruszają się gminną drogą prowadzącą do jednego z gospodarstw. Przebiega ona tuż obok domu Siemianowskich. Nawierzchnia wykonana ze starych betonowych płyt pamiętających czasy PRL-u wywołuje drgania, które powodują uszkodzenia ścian. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Siemianowscy mają jednak pretensje do władz gminy o to, że nawet nie otrzymali odpowiedzi na swoje pisma. Czują się zlekceważeni tym bardziej, że bez echa pozostała ich prośba o ustawienie znaków ograniczających tonaż poruszających się drogą mieszkańców. - Rozważamy postawienie znaku, ale ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła – mówi wójt Ambroziak.
ZOSTAWIENI NA PASTWĘ CIEMNOŚCI I WILKÓW
Jak się okazuje, droga to nie jedyny problem mieszkańców. Pani Ewa żali się, że gmina wyłączyła latarnie w godzinach 23.00 – 4.00. Z tego powodu, jak mówi, nie czuje się bezpiecznie. - Ludzie trzymają w pomieszczeniach gospodarczych samochody, sprzęt, narzędzia. A przecież te ciemności mogą być zachętą dla złodziei – obawia się kobieta. Zauważa, że w innych wsiach, takich jak Burdąg i Nowy Dwór, lampy wciąż świecą. - Czy to dlatego, że jesteśmy wioską popegeerowską, tak się nas traktuje? - zastanawia się. Atmosferę zagrożenia potęguje jeszcze to, że niedawno, niemal w centrum wsi, pojawiły się wilki, które nic sobie nie robiły z bliskości ludzkich siedzib. Mieszkanka nie zgadza się z argumentami władz gminy, że w godzinach, w których latarnie się świecą, mało kto wychodzi z domu. - Są osoby wracające z pracy w Szczytnie po 23.00 – mówi.
LATARNIE ZGASNĄ, A DRAPIEŻNIKÓW NIE MA SIĘ CO BAĆ
Wójt Ambroziak wyłączanie lamp tłumaczy koniecznością szukania oszczędności. Te wymusza na samorządach rząd. Wyjaśnia, że latarnie są wyłączane sukcesywnie i wkrótce zgasną też w pozostałych wsiach, z wyjątkiem tych leżących przy drogach krajowych. Nie dziwi go również obecność wilków. - Teren naszej gminy w 70% zajmują lasy. Jak ktoś tu mieszka, to musi się liczyć z obecnością dzikich zwierząt – przekonuje, dodając, że sam pochodzi z części gminy, gdzie zawsze drapieżników tych było dość dużo i mieszkańcy przywykli do ich sąsiedztwa. - Generalnie nie stanowią one zagrożenia dla ludzi. Poza tym są pod ścisłą ochroną i my nic nie możemy z nimi zrobić – mówi włodarz.
(ew){/akeebasubs}
