Przytomna reakcja osób wypoczywających na kąpielisku w Kobyłosze najprawdopodobniej zapobiegła tragedii. Wydobyli oni z wody topiącą się 8-letnią dziewczynkę jeszcze przed przybyciem służb ratunkowych. - Po wyjęciu na brzeg była cała silna, wręcz fioletowa – relacjonuje Arkadiusz Zera, jeden z mężczyzn ratujących dziecko.

Dramat w Kobyłosze

Dramatyczne wydarzenia miały miejsce w niedzielę 5 lipca po południu na niestrzeżonym kąpielisku w Kobyłosze. Wśród wypoczywających nad jeziorem Sasek Wielki plażowiczów była 8-letnia dziewczynka wraz z rodzicami i maleńkim rodzeństwem. Dziecko nurkowało w bliskiej odległości od brzegu. - Co pewien czas wynurzała się i rozmawiała z mamą – relacjonuje bezpośredni świadek wydarzeń, Arkadiusz Zera z Mińska Mazowieckiego. W pobliżu znajdowała się także jego żona, która wraz z inną kobietą obserwowała całą sytuację. Po kilku sekundach małżonka pana Arkadiusza straciła dziecko z oczu.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  - Wtedy od razu podniosła alarm, zaczęła krzyczeć, że ktoś się topi – mówi pan Arkadiusz. Zaalarmowany krzykiem kobiety jeden z plażowiczów zanurkował w poszukiwaniu dziecka, ale go nie odnalazł. Na pomoc ruszyli inni mężczyźni, którzy po kilku minutach odnaleźli 8-latkę. Kiedy dziecko wydobyto na brzeg, jedną z pierwszych osób udzielających jej pomocy był pan Arkadiusz. - Podtrzymywałem jej głowę, żeby udrożnić układ oddechowy. Na szczęście na miejscu znalazła się pani pielęgniarka, która rozpoczęła reanimację. Według naszego rozmówcy, dziecko mogło przebywać w wodzie nawet około 5 minut. - Po wyjęciu na brzeg była cała silna, wręcz fioletowa – opisuje mężczyzna. Po mniej więcej 10 minutach reanimacji u dziecka pojawiły się oznaki życia. Na miejsce jako pierwsi, jeszcze przed pogotowiem, przyjechali strażacy z OSP Linowo. Oni przejęli akcję reanimacyjną. - Jestem pod wrażeniem ich profesjonalizmu – podkreśla pan Arkadiusz. Dziewczynka została przetransportowana śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego do szpitala w Olsztynie. Do chwili zamknięcia tego numeru gazety nie udało się nam ustalić, w jakim była stanie. Nasz rozmówca przyznaje, że wciąż bardzo przeżywa niedzielny wypadek. - Gdyby nie żona, byłoby już za późno, a i tak się dręczy, że mogła zareagować wcześniej – mówi, podkreślając, że podobne emocje towarzyszyły również innym uczestnikom akcji ratunkowej. - Wszyscy potraktowaliśmy tę dziewczynkę jak własne dziecko – nie kryje wzruszenia pan Arkadiusz.

(ew){/akeebasubs}