Mieszkańcy zabytkowego dworu w Popowej Woli od lat przechodzą istne piekło. Życie zatruwają im sąsiedzi, którzy zajmowany przez siebie gminny lokal zamienili w cuchnącą melinę. Na porządku dziennym są awantury i zakrapiane alkoholem imprezy. Wójt gminy Dźwierzuty bezradnie rozkłada ręce, bo nie ma gdzie przenieść uciążliwych lokatorów.

PO CO PRACOWAĆ, JAK JEST RENTA
Popowa Wola w gminie Dźwierzuty to położona na skraju powiatu szczycieńskiego popegeerowska miejscowość. Słynie ze zlotowisk żurawi oraz pozostałości XIX – wiecznego zespołu dworsko – pałacowego. Ich częścią jest zachowany do dziś zabytkowy dwór, w którym mieszka osiem rodzin. Niektóre z nich wykupiły lokale od gminy, inne mieszkania nadal są własnością samorządu. Życie w tym reprezentacyjnym budynku wcale nie przypomina bajki, a wręcz przeciwnie. Dla większości mieszkańców od lat jest piekłem. Wszystko za sprawą jednej z rodzin zajmującej gminny lokal na parterze budynku. Matka wraz z trzema synami wprowadziła się tu jeszcze za czasów wójta Tadeusza Frączka. Od tej pory, jak mówią sąsiedzi, na porządku dziennym są alkoholowe libacje i awantury. Do tego z pomieszczeń zajmowanych przez uciążliwych lokatorów roznosi się niewyobrażalny fetor. Czuć go już na klatce schodowej. - Wstyd mi przed gośćmi, którzy przyjeżdżają do mnie w odwiedziny – mówi jedna z mieszkanek, Barbara Gers.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Obecnie matka młodych mężczyzn przebywa u swojego drugiego męża w Biskupcu. Pierwszy jakiś czas temu popełnił samobójstwo. W mieszkaniu pozostali synowie, którzy żyją z rent przyznanych z tytułu umiarkowanego stopnia niepełnosprawności oraz zasiłków. Żaden nigdy nie pracował. - Po co mam pracować, kiedy mam rentę – mówi „Kurkowi” jeden z mężczyzn, który w towarzystwie kolegi właśnie wrócił ze sklepu. Drugi, mimo że dochodziło południe, nadal spał w łóżku przypominającym barłóg. Podczas rozmowy z nami bracia nie potrafili podać powodów swojego zachowania. Wzajemnie obwiniali się o doprowadzenie mieszkania do ruiny.
BRUD, SMRÓD I LIBACJE
W mieszkaniu zajmowanym przez uciążliwych lokatorów panuje niewyobrażalny bałagan. W zalegających na kuchni garnkach wypełnionych cuchnącą mazią widać zgaszone niedopałki papierosów. Na podłodze leżą odchody wałęsających się wokół psów i kotów. Nieszczepione, niedokarmione zwierzęta to kolejny problem, z którym borykają się sąsiedzi. - Suka, która teraz ma dwa szczeniaki, czasem atakuje ludzi – skarżą się mieszkańcy. Zwierzę z powodu guzów wymaga najprawdopodobniej pomocy weterynaryjnej, ale nie ma komu się nim zająć. Mieszkańcy skarżą się, że uciążliwi sąsiedzi składują w piwnicy śmieci, co stwarza zagrożenie epidemiologiczne. - Boimy się, że kiedy przyjdą upały, zalęgną się tu szczury i karaluchy – mówią. Zdarza się, że w mieszkaniu zajmowanym obecnie przez braci przebywa nawet około 10 sprowadzonych przez nich „gości”. Niektórzy docierają tu nawet aż ze Szczytna. Alkoholowe biesiady trwają nieraz do rana. - Na porządku dziennym są awantury, raz zdarzyło się, że około północy odbywało się rąbanie drewna – relacjonują mieszkańcy. Jedna z nich, Teresa Polonis, może mówić o szczególnym pechu. Z uciążliwymi sąsiadami przez kilkanaście lat mieszkała wcześniej w Rogalach. - Już wtedy było strasznie, ale dopóki żył ojciec chłopców, nie aż tak jak teraz - wspomina.
NOCNE SPACERY Z DZIECKIEM
Jeden z uciążliwych lokatorów kilka lat temu został ojcem. W zapuszczonym mieszkaniu pojawiło się maleńkie, niepełnosprawne dziecko. - Chodził z nim po nocy na przystanek. Maluch był prawie nagi – opowiada sołtys Popowej Woli Beata Szostak. Dziecko, wskutek interwencji m.in. GOPS-u w Dźwierzutach zostało odebrane nieodpowiedzialnym rodzicom. - Ci panowie przez jakiś czas potem przetrzymywali u siebie niepełnosprawną dziewczynę. Obawialiśmy się, że będzie z tego kolejne dziecko – mówi kierownik GOPS-u w Dźwierzutach Krystyna Furtak.
BEZRADNA GMINA
Mieszkańcy dworu kilka razy interweniowali w sprawie kłopotliwych sąsiadów u władz gminy. Bez skutku. - Wiem, jak wygląda sytuacja, ale nie mam możliwości jej rozwiązania – rozkłada ręce wójt gminy Dźwierzuty Marianna Szydlik. Gmina nie posiada lokalu, do którego mogłaby przenieść uciążliwych sąsiadów. W grę nie wchodzi
również zamiana, co podpowiadają mieszkańcy. - Próbowaliśmy na różne sposoby, ale jest ciężko – przyznaje wójt. Według niej, rodzinę z Popowej Woli należałoby przenieść np. do osobnego domku, gdzie nie przeszkadzałaby innym lokatorom. Problem w tym, że takich budynków w gminie nie ma. Brakuje też chętnych na zamianę. - Myślimy o tym, żeby w przyszłym roku ruszyć z budową baraku socjalnego, w którym znalazłoby się 4 – 5 mieszkań – zdradza Marianna Szydlik, dodając, że na tego typu inwestycje gmina mogłaby pozyskać środki zewnętrzne. Wójt rozważała również postawienie specjalnych kontenerów, w których można by osiedlić rodziny podobne do tej z Popowej Woli. Okazało się jednak, że ich koszt byłby zbyt wysoki. - Trzeba by zainstalować tam ogrzewanie elektryczne, które jest bardzo drogie – mówi wójt. W miniony piątek wysłała do Popowej Woli pracownice Urzędu Gminy w asyście dzielnicowego, aby lepiej przyjrzeli się sytuacji uciążliwych lokatorów. Sama jednak wątpi, aby przyniosło to jakikolwiek skutek.
NIE MA NA NICH PRAWA
Rodzina mieszkająca we dworze jest dobrze znana kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Dźwierzutach Krystynie Furtak. Jak mówi, młodzi mężczyźni są objęci wsparciem Środowiskowego Domu Samopomocy w Sąpłatach, ale nie stosują się do obowiązujących tam przepisów. Potwierdza, że utrzymują się z rent socjalnych i zasiłków. Nie umieją jednak racjonalnie gospodarować pieniędzmi. - Biorą pożyczki, zaciągają kredyty na zakup różnych sprzętów – mówi kierownik. Kiedy już wydadzą wszystkie pieniądze, GOPS daje im talony na jedzenie. Zdaniem sołtys Popowej Woli Beaty Szostak, takie osoby powinny mieć przydzielonego specjalnego asystenta, który kontrolowałby ich wydatki, nie dopuszczając, by pieniądze z rent i zasiłków były wydawane na alkohol czy zbędne sprzęty. Kierownik GOPS-u informuje jednak, że nie ma takiej możliwości. - Asystent rodziny przysługuje jedynie tam, gdzie jest dziecko do 18. roku życia – tłumaczy Krystyna Furtak. Przyznaje, że w polskim prawie jest luka, która pozwala takim osobom jak mieszkańcy dworu w Popowej Woli funkcjonować tak, jak normalnym ludziom, choć w rzeczywistości wymagają oni nadzoru i kontroli. - W Polsce są takie a nie inne przepisy. Usunięcie ich siłą z mieszkania byłoby pogwałceniem praw człowieka. Nie ma takiego prawa, aby doprowadzić ich do porządku – konkluduje kierownik.
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
