Niektórzy obiecują gruszki na wierzbie, u pana Mieczysława Grzelaka z Nowego Gizewa z kolei na gruszy rosną… dynie. Nie tylko na gruszy zresztą, bo także na jabłoni i świerku.

Dynie kojarzą się raczej z warzywem płożącym, choćby z racji masy owoców ciągnącej zdecydowanie ku ziemi. U pana Mieczysława dynie rozrastają się również do góry. – Jak pędy dojdą do płotu czy drzewa, to idą po nim – tłumaczy nasz rozmówca. W tej chwili niektóre owoce (które fachowo można nazwać jagodami) wyrastają na wysokości ponad 6 m (fot. 1) . Nie osiągają tu one jednak zbyt imponującej wagi, bo po przekroczeniu pewnej granicy obrywają się.
Pan Mieczysław uprawia dynie od około 10 lat. W jego przydomowym ogrodzie znajdziemy kilka odmian tego warzywa, w tym np. dynie zielone (fot. 2) Jak pan Mieczysław przyznaje, nie podlewa swoich dyń dodatkowo, nie stosuje żadnej chemii. Ogranicza się do nawiezienia ziemi suchymi liśćmi. Tłumaczy nam, że w tym roku nie było rekordowych okazów. Rekordowa jest tylko wysokość, na której owoce wyrosły. – Trafiało się, że kiedyś miały po 30 kg – mówi. Dotyczy to oczywiście płożącej się części warzywa. W roku obecnym, ze względu na przewagę suszy, owoce są mniejsze, ale i tak ich nie brakuje. – Ta będzie ważyła z 6 kilogramów, ta z 8 – pokazuje na spore okazy (fot. 3) . Lata pracy w ogrodzie pozwalają bez większych problemów oszacować wagę poszczególnych dyń. Mieszkaniec Nowego Gizewa oblicza, że wszystkiego będzie w tym sezonie z 700 kg. Kiedyś można było zebrać nawet tonę. Pan Mieczysław część okazów sprzedaje, część przetwarza. Poleca np. zupę z dyni i kaszy jaglanej.
DYNIE PRZYZIEMNE
Taka dynia na gruszy z pewnością by nie wyrosła (fot. 4). Na zdjęciu widzimy dynię wyhodowaną na działce pana Tadeusza Mamińskiego oraz niewiele większe od dyni wnuczęta działkowicza. Okaz waży według szacunków 40 kg i jest największym spośród tych, które w tym miejscu dotychczas wyrosły. Nie widać tego na fotografii, ale na tej samej działce przy ul. Pasymskiej pyszni się jeszcze parę nieco mniejszych owoców. Pan Tadeusz największą dynię postanowił sprezentować jednemu ze szczycieńskich przedszkoli. Po nasiona już ustawiła się kolejka chętnych.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
ŻEROMSKI W SZCZYTNIE
Nie tak dawno Szczytno po raz kolejny włączyło się do Narodowego Czytania. W akcji brały udział także inne miejscowości z naszego powiatu, np. Dźwierzuty i Rozogi (fot. 5). W roku 100-lecia odzyskania niepodległości chętni mogli przeczytać na głos fragmenty „Przedwiośnia”, jednego z ostatnich tekstów w dorobku Stefana Żeromskiego (fot. 6). Zanim jeszcze rozpoczęto czytanie, emocje wzbudzał fakt, że tekst, mający nieco mniej lat niż niepodległa Polska, poddano pewnej obróbce pozbawiającej dzieła patyny. Zniknąć miało chociażby popularne u Żeromskiego słowo „tudzież”. „Kurek” w zakamarkach pamięci odnalazł fragment (już nie „Przedwiośnia”) świadczący o tym, że literat ten, podobnie jak Sienkiewicz („Krzyżacy”), ma w swoim dorobku tekst związany z naszym miastem. Być może nieco starsi Czytelnicy naszego tygodnika przypominają sobie umieszczany za poprzedniego systemu w niektórych miejscach w Szczytnie i okolicach cytat: Ziemia mazurska jest nasza z krociami ludu, który mówi polską mową, taką samą jak w Płocku i na Kurpiach. Toteż hasłem każdej duszy idącej szlakami Polski, czującej, młodej, świadomej winno być hasło: Patrz w Szczytno.
Słowa te pochodzą z wydanego pod koniec życia Żeromskiego zbioru tekstów publicystycznych zatytułowanych „Snobizm i postęp”, a konkretnie rozdziału IV. Pisarz włącza się tu m.in. w toczoną po I wojnie dyskusję nt. przynależności niektórych ziem. Rzeczony cytat poprzedzają nieco zagadkowe słowa, które każą jednak inaczej spojrzeć na całość: (…) dybanie na naszą zgubę Ulrycha von Jungingen jest bliskie i dzisiejsze. Te widma i dziś na nas godzą. „Gruba Berta”, ustawiona w Szczytnie w ciągu paru pierwszych godzin pierwszego dnia po wypowiedzeniu nam wojny może zburzyć Warszawę, gdyż ta odległość wynosi sześćdziesiąt kilometrów. Zagadkowa jest tu choćby odległość Szczytna od Warszawy. Czyżby literat pomylił nasze Szczytno ze Szczytnem niedaleko Płońska?
SYNCHRONIZACJA PO POLSKU
Co w Szczytnie i innych polskich miastach jest niemal pewne, gdy sprzątane są ulice? Ano to, że po utworzonych blisko krawężników pryzmach z piachem zdąży coś niejednokrotnie przejechać, zanim nazajutrz albo później przybędzie zaprzyjaźniona ekipa, która załaduje wszystko na pakę. Podobnie wyglądają inne równie skomplikowane logistycznie działania wymagające wykonania niemal równolegle dwóch czynności. Nie inaczej było ze studzienką telekomunikacyjną przy ul. Chrobrego. Jeszcze podczas wakacji pokrywa pękła i zrobiło się trochę niebezpiecznie. Ktoś w końcu ogrodził to palikami i taśmą. Wreszcie przybyła ekipa i pokrywę wymieniła. Ale że to Polska właśnie, widać parę metrów dalej (fot. 7). Gdy „Kurek” robił owo zdjęcie, paliki, taśma i resztki pokrywy czekały sobie na zabranie od ponad tygodnia.
ATAK NA KANDYDATÓW

Jak wiemy, już za nieco ponad miesiąc czekają nas wybory samorządowe. W Warszawie kampania rozpoczęła się gdzieś z rok temu, u nas ruszyła dopiero ostatnio – i to z pewną taką nieśmiałością. Mamy już za sobą kilka wyborczych wieców, kandydaci na rozmaite stanowiska wywieszają powoli swoje banery i plakaty. W miniony weekend „Kurek” zrobił zwiad po mieście i stwierdził, że na razie większą aktywność w tym względzie wykazują mężczyźni. Na niedawno wyczyszczonych tablicach reklamy wyborcze pojawiają się z rzadka, większym zainteresowaniem cieszą się słupy – na nich to możemy znaleźć plakaty dwóch kandydatów do fotela burmistrza (fot. 8). Choć przyklejone one zostały niedawno, niektóre są już przysłonięte. To robota zwolenników niejakiego Zenka, który do świata polityki chyba nie przynależy, firm kredytowych i jeszcze paru innych ugrupowań (fot. 9). W innych punktach Szczytna można również znaleźć afisze zachęcające do głosowania na kandydatów do rad: miejskiej i powiatowej.
Panowie, zarówno na plakatach, banerach czy znajdujących się w skrzynkach pocztowych mniej czy bardziej pomysłowych ulotkach, dbają o stosowną prezencję. Musi być: delikatny uśmiech albo zatroskane spojrzenie, ponadto pozować do takiego zdjęcia bez marynarki czy choćby krawatu nie wypada. Panie teoretycznie mają pierwszeństwo, ale być może nie chcą z niego korzystać – widocznie trzymają jakieś asy w rękawie. „Kurek” nie był, rzecz jasna, w każdym zakątku miasta i kto wie, czy nie dlatego zdołał znaleźć plakaty wyborcze tylko jednej z przedstawicielek płci pięknej – zresztą w męskim towarzystwie (fot. 10).
Tekst i foto (w większości):
G. P. J. P.{/akeebasubs}
