Dni i Noce za nami. Jako impreza cykliczna muszą mieć one swój szkielet i stałe punkty programu: powitanie Juranda i jego orszaku, wieczorne koncerty, występy ludowych zespołów, kramiki z nie zawsze atrakcyjnymi i potrzebnymi towarami.
Niektórzy mogą co roku odczuwać deja vu, ale czy podobna powtarzalność nie towarzyszy chociażby Wigilii czy śniadaniu wielkanocnemu? Pewna odmiana bywa jak najbardziej wskazana – stąd kilka nowości mieliśmy i w tym roku. Na początek dział nowinek personalnych. Od lat w rolę Juranda wciela się niezmiennie Tadeusz Piórkowski, a komentarz z estrady wygłasza od paru ładnych sezonów Mariusz Korpoliński. Po raz pierwszy klucze do miasta przekazywał za to wybrany na jesieni ubiegłego roku burmistrz Krzysztof Mańkowski, któremu towarzyszyła jego zastępczyni Ilona Bańkowska. Za rok nowość ta straci swoją aktualność. Nowością w 2020 r. nie będzie też mityng kulomiotów, którego pierwszej udanej edycji doczekaliśmy się w minioną sobotę (fot. 1). Ci, którzy stali przy barierkach, mieli Bukowieckiego i Haratyka dosłownie na wyciągnięcie ręki, osoby znajdujące się w dalszych rzędach miały ich na nieco słabsze pchnięcie kulą…
Stałym dodatkiem do DiN (jakkolwiek nazywanych) było wesołe miasteczko ulokowane w parku na ul. Pasymskiej. Choć w tym roku też miało być, za „Zaciszem” dzieciom przygotowano nieco inne rozrywki. Rozrywką z gatunku ekstremalnych – i tylko dla dorosłych - były skoki na bungee
(fot. 2) . Do późnych godzin popołudniowych chętnych do kilkudziesięciu sekund szaleństwa za 80 PLN było raczej niewielu, ale pod wieczór odważnych przybywało i gromadząca się widownia mogła podziwiać śmiałków wykonujących skoki. Dźwig służył również jako mobilna wieża widokowa, a chętnych do podciągnięcia się na wysokość mniej więcej iglicy naszej wieży ciśnień nie brakowało.
Ubiegłoroczną nowinkę stanowiły foodtrucki. Tym razem ich zabrakło. Stoisk gastronomicznych było jakby mniej, wyższe – czyli nowe - były za to ceny rozmaitych zakręconych ziemniaków, zapiekanek i inne fastfoodowych rozkoszy podniebienia.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
RZEŚKI 70-LATEK

Wprawdzie dym wydobywający się z komina już opadł, a charakterystycznych odgłosów towarzyszących jeździe nie słychać, ale warto na parę zdań wrócić do wizyty na naszym dworcu pociągu specjalnego ciągniętego przez parowóz Pt 47. Dodajmy, że to ostatnia tego typu sprawna lokomotywa w Polsce. Mimo że w tym roku stuka jej siedemdziesiątka (wyprodukowano ją w Chrzanowie w 1949 r.), wciąż szarpie wagony i ciągnie z nie aż tak wielkim mozołem. Wprawdzie niekiedy towarzyszy jej (bądź ją po prostu zastępuje) lokomotywa spalinowa, ale ciuchcia wciąż przemierza krajowe szlaki. W minionym tygodniu pociąg specjalny odwiedził Warmię i Mazury. Był m.in. w Olsztynie, Mrągowie, Bartoszycach, Giżycku, Ełku, Orzyszu, a we wtorkowy wieczór zawitał do Szczytna. Kilkaset osób wypełniających perony szczycieńskiego dworca najpierw usłyszało kilka razy głośny gwizd, a minutę przed planowym przyjazdem około 100 ton masy służbowej wprowadziło z godnością 5 wagonów (fot. 3).
Tak długich składów osobowych (na co dzień przez Szczytno przejeżdżają na ogół szynobusy) od lat tu nie widujemy. Na dodatek wśród wagonów, wypełnionych w znacznym stopniu przez nieznającą takich doznań dziatwę, znalazły się wagony klasy 1. Maszynista popatrzył sobie na zebrane tłumy wyraźnie z góry (wysokość lokomotywy to ponad 4,5 m), pozwalając jednocześnie rozradowanym milusińskim podziwiającym całość z peronów, by zobaczyły, jak kabina wygląda od środka (fot 4).
Skoro o różnych parametrach mówimy – koła napędne Pt47 mają średnicę 185 cm, czyli są większe od sporego chłopa. Z perspektywy dość wysokich szczycieńskich peronów niekoniecznie było to zauważalne. Lokomotywa nie postała jednak zbyt długo, bo choć do odjazdu było ponad 20 minut, konieczne była zmiana kierunku ruchu (pociąg wracał do Olsztyna). Parowóz, gdy już pokonał zwrotnicę z drugiej strony składu, pokazał, jak to się kiedyś buchało (fot. 5).
Niektórzy z obecnych na dworcu panów przypominali sobie czasy, gdy wchodziło się na zdemontowaną już kładkę przy głównym przejeździe i czekało, aż lokomotywa spowije stojącego dymem. Inną rozrywką bywało wrzucanie z wiaduktu do komina lokomotywy … kasztanów. Na zdjęciu nr 5 widać świecące tylko jedno przednie światło. Nie jest to oznaką starości czy popsucia się lampy podczas jazdy – w ten sposób lokomotywa sygnalizuje ruch manewrowy. Kwadrans po ósmej „Tarcza” (fot. 6) – bo tak nazwano pociąg Olsztyn-Szczytno-Olsztyn – ruszyła w drogę powrotną. Tym razem czoło stanowiła mniej efektowną część, czyli tender, wagonik do przewozu węgla (fot. 7).
W dawniejszych czasach możliwe było, by lokomotywa w każdym kierunku jechała przodem. Służyła do tego obrotnica, mechanizm, który w nieco zdewastowanej postaci można jeszcze oglądać tuż przed budynkiem starej szczycieńskiej parowozowni (fot. 8). Tory prowadzące do obrotnicy zarośnięte są trawą, a do urządzenia wciąż dochodzą także szyny bocznicy pociągniętej w kierunku dawnego „Lenpolu”. Na koniec trochę smutna refleksja. Chętnych do podziwiania piękna dawnego składu było wielu i może z tego powodu ci, którzy chcieli jak najwięcej zobaczyć czy zrobić najefektowniejsze zdjęcie, zbliżali się zanadto do krawędzi peronu, nawet gdy pociąg wtaczał się już na stację. Nie wszyscy pilnowali zbyt żywiołowych w momencie wjazdu dzieci, a zupełnie oddzielny rozdział stanowili tatusiowie, którzy na dosłownie parę chwil przed odjazdem pociągu postanowili tuż przed lokomotywą wskoczyć na tory, wybierając taką drogę na skróty…
KONIEC WAKACJI
Minister edukacji stwierdził, że na wypadek strajku trzeba przezornie uniknąć powstania zaległości i wcześniej wrócić do szkoły – takie wnioski nasuwają się po wizytach w niektórych sklepach. Oto już w połowie lipca wstawiono w nich specjalne regały z chwytliwym hasłem (fot. 9). Dzieciaki są z pewnością rozpromienione, gdy po niespełna połowie wakacji przypomina im się, że wszystko szybko się kończy. Oczywiście letni odpoczynek trwać będzie jeszcze ponad miesiąc, ale pomysły zbyt pazernych handlowców (np. Boże Narodzenie na półkach już w październiku) mogą zwyczajnie irytować.
CZYTELNICY ZE STOLICY
To nie jest tak, że mieszkańcy Szczytna (łącznie z niżej podpisanym) nie lubią mieszkańców naszej stolicy czy całej aglomeracji warszawskiej. Nie ma sensu tłumaczenie, że przecież przeważająca ich część (jak w przypadku wszystkich miast, miasteczek i wsi) jest normalna i kulturalna. Z jakichś dziwnych powodów to jednak właśnie mieszkańcy Warszawy i przyległości przy okazji każdych wakacji czy długich weekendów muszą błysnąć wielkopaństwem i umiejętnością bezstresowego wjeżdżania tam, gdzie się chce. „Kurek” całkiem regularnie widywał samochody na warszawskich numerach wjeżdżające np. na chodnik pod księgarnią przy skrzyżowaniu ze światłami, bo akurat jakaś książka z witryny się spodobała. Ostatnio wyłapaliśmy obiektywem spore audi, które nie miało problemów z wjechaniem na dość wysoki krawężnik na ul. Polskiej (fot. 10), czyli tam, gdzie oczywiście obowiązuje zakaz tego typu ewolucji. To miejsce położone bardzo blisko opisywanej księgarni, zlokalizowanej po prawej stronie, za widocznym na zdjęciu autobusem ZKM. Jeszcze bliżej, bo na otworzenie drzwi pasażera, znajduje się biblioteka miejska. Zagadka parkowania na chodnikach rozwiązana?
Tekst i foto (w większości):
G.P.J.P.{/akeebasubs}
