Upalne, szczycieńskie lato powoli przemija, a ja wciąż nie znajduję czasu, aby pospacerować po mieście i okolicy, zakosztować słońca, wdychając zapach naszych jezior, albo po prostu posiedzieć nieco dłużej w jednym z kawiarnianych ogródków. Czyli, ogólnie rzecz ujmując, poczuć smak mazurskich wakacji.

Estradowy spacerek po Szczytnie Jestem tu na miejscu i... nie korzystam. Tymczasem setki ludzi z całej Polski i nie tylko Polski, specjalnie po to przyjeżdża w nasze strony. I mają to, na co rok czekali! Trochę im zazdroszczę, atoli jednej z miejscowych atrakcji nie odmawiam sobie, a nawet nadużywam. Jest to podziwianie perspektywy miasta z najwyższego piętra wieży ratuszowej. To naprawdę piękny widok. Gdy oglądamy Szczytno z poziomu przechodnia, nie należy ono do szczególnie malowniczych. Koszmarna powojenna odbudowa głównej ulicy mieszkalnymi blokami z prefabrykowanej wielkiej płyty pozbawiła centrum miasta jakiegokolwiek wdzięku. Dobrze, że przynajmniej wokół śródmieścia zachowało się kilka znaczących, uroczych architektonicznie, zabytkowych budynków. Zarówno tych większych (sąd, urząd skarbowy, czy szkoły), jak i mniejszych, że wspomnę choćby tylko dwie wspaniałe, przedwojenne wille - obecna siedziba sanepidu oraz apteka na rogu ulic Warszawskiej i Lipperta. Takich obiektów jest na szczęście nieco więcej i cieszy mnie to, że są zadbane i że wciąż obserwuję postęp kolejnych prac remontowych przy ich rewitalizacji.

Ale wróćmy do widoku „z lotu ptaka”. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}Tak się składa, że na sezon letni zainstalowałem swoją pracownię plastyczną w połowie wysokości ratuszowej wieży, przyjmując turystów i opowiadając im o tym, co mogą zobaczyć przez widokowe okienka. Dopiero z góry widać, jakże pięknie położone jest Szczytno. Przyjezdni goście nie ukrywają swojego zachwytu, a widok malowniczych jezior i lasów jakoś tam rekompensuje im oglądanie na pierwszym planie tragicznej ruiny zabytkowej wieży ciśnień, o którą zawsze pytają. Wszyscy bez wyjątku.

Turyści „latoś obrodzili”. Podobnie zresztą jak w roku ubiegłym, co oczywiście ma ścisły związek z niepewną sytuacją polityczną na świecie, a co za tym idzie strachem przed wyprawami do upalnych krajów egzotycznych, takich jak Egipt, Turcja, czy Tunezja. W zeszłym roku odnotowaliśmy powszechny szturm nad polski Bałtyk. W tym roku morskie kąpieliska straciły nieco na uroku z uwagi na intensywny zakwit sinic, przez co woda nie wszędzie nadaje się do pluskania. A na Mazurach, na razie, żadnych podejrzanych sinic nie odnotowano. No i zapewne stąd tak nieprawdopodobna liczba wakacyjnych przyjezdnych.

No a co Szczytno im oferuje, poza czystą wodą, słońcem i okolicznymi lasami? Proponuję retrospektywny spacerek wzdłuż estradowych atrakcji, które miasto przygotowało na kilka dni minionych dwóch weekendów. Zacznijmy od imprezy głównej, czyli szeroko reklamowanych Dni i Nocy Szczytna. Był to typowy kilkudniowy „fest”, organizowany według schematu przyjętego od wielu, wielu lat w większych niemieckich miastach. Ku uciesze szeroko pojętej „gawiedzi”. Główną ulicę zmienia się wówczas w szeroką, pieszą promenadę, gdzie pośród licznych straganów dominuje piwo i golonka, a także „sport dla wszystkich”. Ten sport, to strzelnice, siłownie oraz rzutnie do pchnięcia kulą, czyli piłką, w kierunku sterty puszek. Co do pamiątek, to kupić można sobie tekturowy kapelutek, synkowi malutkiego kałacha z plastiku, a córeczce dużego misia z paskudną mordką. No, ale nie ma co wydziwiać. Tak jest wszędzie i Szczytno nijak nie odbiega od wielkomiejskich standardów. Centralne miejsce takiego festynu stanowi solidna estrada, z reguły zlokalizowana u szczytu promenady. Jej głównym zadaniem jest nieustanne, całodzienne hałasowanie, w różnych rytmach i konwencjach. Nie dotyczy to oczywiście wieczornych koncertów zaproszonych gwiazd estrady. To ich dobór tak naprawdę decyduje o randze imprezy. Tutaj nie będę wypowiadał się zbyt szeroko z uwagi na brak kompetencji, odnośnie modnych obecnie trendów. Atoli ucieszył mnie koncert Stana Borysa, choćby dlatego, że jest to mój rówieśnik. Pamiętam go z czasów, kiedy jeszcze nie miał nic wspólnego z piosenką, natomiast zdobywał nagrody na ogólnopolskich konkursach recytatorskich. Będąc licealistą, a może już studentem.

A teraz odwiedźmy estrady ostatniego weekendu. Już w czwartek, o godzinie 19.00, odbył się, w ruinach zamku, ósmy, doroczny „Wieczór jazzowy”. Jako że sam maczałem w tym palce, zresztą jak co roku, nie wypada mi jakoś nadmiernie chwalić imprezy. Ale warto przypomnieć, że przy bardzo malutkim budżecie, nieporównywalnym z innymi miejskimi realizacjami rozrywkowymi, wciąż udaje nam się zaprosić mistrzów jazzu tradycyjnego z najwyższej półki. Na co dzień grających w takich renomowanych warszawskich klubach jak „Stodoła”, czy „Tygmont”. A to dzięki pomysłowi, aby szczycieński wieczór odbywał się w przeddzień słynnego festiwalu „Złota Tarka” w Iławie. Artyści, którzy tam udają się, chętnie zahaczają po drodze o Szczytno, zgadzając się na niewielkie honoraria, no bo w końcu mają po drodze, więc dlaczego nie.

Następną imprezą, czyli piątkową, był Jarmark Mazurski. I to jest naprawdę ciekawy temat, z którym łączy mnie ogromna ilość wspomnień. Zatem biorąc pod uwagę pojemność felietonu, napiszę o jarmarku za tydzień. Tym bardziej, że w tym roku był to 18. Jarmark Mazurski, czyli warto urządzić mu stosowną, prasową „osiemnastkę”.

Na zakończenie kilka słów o tak zwanym „kartoflaku”, który w zupełnie zmienionej wersji odbył się w sobotę na plaży miejskiej. Nareszcie zamiast kiczowatej, masowej imprezy, pod hasłem „ustaw się w długiej kolejce, a dostaniesz za darmo kawałek upieczonego, starannie utartego ziemniaka” - bo gawiedź uwielbia dostać coś za darmo - odbył się jakiś prawdziwy festyn związany z regionalną kuchnią. Na mniejszą skalę, w sensie powierzchniowo-widowiskowym, ale o ileż prawdziwszy i bardziej związany z regionem. Taką akurat wersję „kartoflaka” osobiście akceptuję i popieram. Zwłaszcza, kiedy gospodynie z miejscowości Miętkie pokazały mi, że na swoim stoisku z żywnością niczego nie podgrzewają w mikrofalówce, bo ich zdaniem byłaby to zwyczajna żenada. Przywiozły staroświecki, blaszany piekarnik. Mają rację i chwała im za to. Ja też nie uznaję w prawdziwej kuchni tak zwanej „mikrofali”. Zatem brawo. Brawa zresztą dla wszystkich uczestników i organizatorów owej imprezy.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}