Felietoniści

Kilka dni temu w muzeum przywołano mnie do telefonu. Ktoś chciał rozmawiać akurat ze mną, co owszem zdarza się, ale nie często. Tym razem był to zupełnie prywatny telefon od sympatycznego i nie znanego mi pana, mieszkańca Szczytna, który chciał podziękować za felietony. Jest ich stałym czytelnikiem. Kiedy przed tygodniem przeczytał, że jestem absolwentem Politechniki Warszawskiej, a on także kończył tę uczelnię i to w tym samym czasie co ja, ośmielił się zatelefonować do akademickiego kolegi sprzed lat. Wzruszył mnie serdecznie. Pozdrawiam, Panie Tadeuszu.

Dlaczego o tym napisałem? Otóż autor felietonów, obojętnie w jakim czasopiśmie, to osoba, która wypowiada własne, całkowicie prywatne poglądy, niekoniecznie do końca spójne z przyjętym przez redakcję merytoryczno-politycznym wizerunkiem periodyku. Taki „samotny biały żagiel”. Toteż kontakty czytelników z autorem, jak opisany powyżej, niesłychanie podbudowują jego poczucie misji. No może z tą misją to przesada, ale powiedzmy - zdecydowanie dowartościowują jego prywatne ego.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Jako młody człowiek wychowałem się na mistrzach felietonu. Do „Polityki” pisali wówczas Daniel Passent (Bywalec) oraz Jerzy Urban. Dzisiaj Urban jest postacią - delikatnie mówiąc - kontrowersyjną, ale w latach sześćdziesiątych był to po prostu znakomity dziennikarz. Pisywał także do tygodnika „Kulisy” jako Kibic i to były naprawdę rewelacyjne opowiastki. W tym samym czasie, w tygodniku „Kultura”, czarowali czytelników słynny KTT, czyli Krzysztof Teodor Toeplitz oraz „Hamilton”, to jest Jan Zbigniew Słojewski. Ale my, młodzi, czytywaliśmy głównie felietony Janusza Głowackiego. To było nasze pokolenie i jego teksty stanowiły dla nas wręcz kultową świętość.

Dzisiaj moim idolem jest Henryk Martenka. Felietonista tygodnika „Angora”. Genialny facet. Prawdziwy następca wymienionych dawnych mistrzów. Poniedziałkowy przegląd prasy zaczynam zawsze od jego felietonu i nigdy nie zawiodłem się. Sam chciałbym choć w części umieć formułować myśli tak jak on. Poza tym nadal do „Polityki” pisze Daniel Passent, a także Ludwik Stomma - fantastycznie inteligentny i dowcipny profesor Sorbony mieszkający i wykładający w Paryżu. Mimo to jakże bliski polskim realiom. W minionym tygodniu miałem okazję przeczytać znakomite felietony ich autorstwa. Stommy w „Przeglądzie”, a Passenta w „Polityce”. Obaj panowie opisują anomalie polityczne z pogranicza kultury. Osobiście unikam w swoich opowiastkach politycznych odniesień, ale tym razem pozwolę sobie przybliżyć owe teksty moim czytelnikom. Także skomentować ich przesłanie.

Na początek cytat z felietonu Passenta. Mało co pasjonuje Polaków tak jak muzea, pomniki, popiersia, skwery ku czci i tablice pamiątkowe z okazji. Wszelkie wątpliwości ucisza się stwierdzeniem, że naród nie może istnieć bez historii. Zgoda, ale ile można? Dalej autor wymienia inicjatywy powołania nowych placówek muzealnych, bo dzisiaj muzea to placówki polityczne. I tak, w zależności od poglądów rządzących ugrupowań, autor wymienia podjęte inicjatywy. A są to: Muzeum II Wojny Światowej, Muzeum Historii Żydów Polskich, Muzeum Katyńskie, Muzeum Kresów Wschodnich, Muzeum Ziem Zachodnich (we Wrocławiu), Muzeum Polaków Ratujących Żydów, Europejskie Centrum Solidarności, Muzeum Westerplatte, Muzeum Emigracji, a także Muzeum Żołnierzy Wyklętych (Ostrołęka) oraz wiele innych. Paranoja! Autor komentuje to tak: Każde z tych muzeów dałoby się uzasadnić, ale w sumie to jakaś fala, która powinna być rozłożona na kilka pokoleń, a nie tylko nasze.

W innej części felietonu pisze Passent: Muzealnictwo to przemysł ciężki. W ten sposób państwo, rząd i samorządy spełniają postulat, aby reindustrializować nasz kraj po tym, jak neoliberałowie go zniszczyli. Ma rację. Te propagandowe, partyjne inicjatywy to miliardy złotych. Tak jakbyśmy nie mieli innych potrzeb. Choćby życiowych - służba zdrowia!

A o czym pisze Ludwik Stomma?

Jego poraża szaleństwo wykorzystywania historycznych rocznic do celów politycznej propagandy. Podaje wiele przykładów. Wymieńmy kilka z nich. 1 sierpnia – 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. 5 sierpnia – 150 lat temu, na stokach cytadeli, Rosjanie stracili Romualda Traugutta. 6 sierpnia, dokładnie sto lat temu, pierwsza kompania kadrowa strzelców Józefa Piłsudskiego przekracza granicę zaboru rosyjskiego. Już tylko te trzy okrągłe rocznice wielkich wydarzeń będą bez wątpienia stanowiły pożywkę do sierpniowych, propagandowych wystąpień wszelakich naszych polityków, zwłaszcza tych antyrosyjskich. Oni o owych rocznicach dowiedzą się od zatrudnionych doradców (bo niby skąd normalny polityk może cokolwiek pamiętać z lekcji historii w swojej szkole?) i z pewnością zapewnią nam stosowną serię telewizyjnych i plenerowych spektakli. Prawdopodobnie według IPN-owskiej zasady - mało historii, dużo subiektywnych interpretacji. Ludwik Stomma zatytuował swój felieton „Ratuj się, kto może”. Ma rację. Jak już napisałem, unikam w moich felietonach polityki, ale czasem chciałoby się dać wyraz także poglądom na ów trudny, a niekiedy bolesny temat. Zatem dzisiaj posłużyłem się wybranymi tekstami z przekazów uznanych przeze mnie mistrzów felietonu.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}