Troszeczkę mam do czynienia z muzyką. Znam nuty. Od biedy pogrywam na pianinie, a także na gitarze.

Zdarzało mi się nawet śpiewać dla publiczności. Między innymi na festiwalu w Opolu, w roku 1969. Poza konkursem (kabareton). Do dzisiaj przechowuję ówczesną festiwalową legitymację. Co do popularnej muzyki rozrywkowej mam swoje priorytety, ale aktualny felieton nie ma być ględzeniem, która to muzyka jest szlachetniejsza, a która to tylko prymityw i żenada. W miarę swoich intelektualnych możliwości chcę zastanowić się nad fenomenem popularności disco polo. Z jednej strony muzyki uwielbianej przez większość rodaków, z drugiej powszechnie wyszydzanej w mediach. Za prostactwo.

Prostackie muzycznie, to disco polo jest bez wątpienia. Takie umpa-umpa, w oparciu o dwie, albo trzy funkcje (akompaniujące akordy). Ale co z tego. To samo można powiedzieć o współczesnym rapie, czy ludowych przyśpiewkach. Szczególnie góralskich, a jednak, ogólnie biorąc, wszyscy je uwielbiamy. Tak przynajmniej sądzę. Ja osobiście najbardziej kocham stary, tradycyjny, nowoorleański jazz. A przecież jest to muzyka ludowa, stworzona przez niepiśmiennych, prostych, czarnych niewolników, zatrudnionych na plantacjach bawełny.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Przede wszystkim blues. Te najwspanialsze utwory bluesowe, grane do dzisiaj, bo zostały gdzieś tam zapisane, mają układ dwunastotaktowy, czyli wcale nie taki prosty. Ale pierwsze utwory z plantacji bawełny opierały się na trzykrotnym, najwyżej czterotaktowym powtarzaniu frazy. Kilkanaście lat temu Maryla Rodowicz nagrała takiego „prostackiego” bluesa o Dworcu Centralnym w Warszawie. Przypomnę fragment tekstu (autor Jan Wołek): to jest dworzec, tu się śpi, a te małe, a te małe to są my.... Wprawdzie piosenka nie stała się przebojem, ale „ryzykanctwo” Rodowicz zaimponowało mi. Wcześniej to właśnie ona wylansowała piosenkę chodnikową Janusza Laskowskiego „Kolorowe jarmarki”. A tak zwana wówczas „piosenka chodnikowa”, to przecież był zalążek dzisiejszego disco polo. Zresztą Maryla Rodowicz zawsze chętnie sięgała do źródeł ludycznej, masowej muzyki. Przypomnę czytelnikom jej płytę z początku lat dziewiędziesiątych „Marysia biesiadna”.

Wspomniałem wcześniej o rapie. To przecież jest muzyczna wersja ulicznej, amerykańskiej subkultury hip-hop (głównie murzyńskiej), która rozprzestrzeniała się dokładnie w tym samym czasie. A muzyka techno? Elektroniczna, rytmiczna łupanina, przeznaczona do tańca w dyskotekach. Na ogół tylko grana, bez śpiewania. Nigdy to zresztą nie miało żadnej melodii, jedynie ostry rytm. Techno powstawało także na początku lat siedemdziesiątych, aczkolwiek za jego debiut uważa się nagranie z Detroit, zapisane w połowie lat osiemdziesiątych. W latach dziewięćdziesiątych muzyka techno królowała we wszystkich nocnych klubach. W zasadzie były to i są nadal bardzo nowoczesne twory muzyczne, ale nowoczesne jedynie od strony technicznej. Co do walorów estetyki, to właściwie nic nowego. Elektroniczne disco polo. No może trochę szybsze.

To mniej więcej tyle o źródłach muzyki zwanej disco polo. Choć należałoby także sięgnąć do bardziej zamierzchłych czasów. Mam na myśli okres międzywojenny w Polsce. Tutaj nie odnoszę się do muzyki, choć może trochę także, ale do tekstów. Oczywiście głównie tych o miłości. Przecież i po wojnie śpiewano przeboje z dawnych lat, takie jak „U cioci na imieninach...”, albo “Malowana lalo, bez serca i bez duszy, nikt ciebie nie wzruszy, bo w sercu twoim drzemie żal...”. Oto pierwowzór rzewnych tekstów dzisiejszego disco polo.

W latach dziewięćdziesiątych rozpoczęło się ogólnopolskie szaleństwo muzyki disco. Tu przypomnę pewien przebój. Znakomity aktor Marek Kondrat, wespół z Marleną Drozdowską, w roku 1991 nagrali piosenkę „Mydełko FA”. Miał to być zgryw. Parodia piosenek disco polo. Tymczasem naród to kupił na poważnie i „Mydełko FA” stało się niemal ikoną ówcześnie modnego, muzycznego nurtu.

Na zakończenie kilka słów o innych, niemuzycznych cechach współczesnego disco polo. Spójrzmy na gwiazdę klasy Zenona Martyniuka. Uwielbiany przez młodzież płci obojga artysta, to podtatusiały pięćdziesięciolatek. Nie amant, nie piękniś, ale taki sobie wujo, który ładnie śpiewa. Przy tym artykułuje słowa bez estradowego zadęcia, a nawet z lekkim akcencikiem ludowo przedmiejskim. A inny wielki gwiazdor - Sławomir? Wprawdzie młodszy od Martyniuka, bo ma lat 37, ale z charakterystycznym wąsikiem i łysiną wygląda jak prowincjonalny księgowy. Jego estradowe emploi, to buchalter w podskokach. Co do Sławomira Zapały, bo tak nazywa się artysta, to jest to zawodowy aktor po Wyższej Szkole Teatralnej. Zagrał w kilku filmach. Jest dla mnie całkowicie oczywiste, że Zapała, obserwując popularność disco polo, z całą świadomością zainwestował w siebie i wykreował postać szalonego Sławomira. Ma teraz swoich licznych wielbicieli, zatem cel osiągnął. Chwała mu.

Podsumowując. Dawniej, kiedy świat nie był jeszcze globalną wioską, ludziska żyli sobie w regionalnych krainach, w otoczeniu współziomków. Kurpie śpiewali swoje ludowe piosenki, ci z Mazowsza swoje, górale całkiem inne, a miastowi ballady o Czarnej Mańce. Wszystko to było proste i bliskie sercu. Dzisiaj świat pomieszał się. Folklor, to już skansen. W zamian ukształtował się rodzaj ludycznej muzyki uniwersalnej. Lekkiej, łatwej, przyjemnej i zrozumiałej dla wszystkich. Sojusz ludu miast i wsi. I to właśnie jest disco polo. Co w tym złego? Znak czasów. Taka muzyka łączy wszystkich. „Od morza do samiutkich Tater”. Kiedy młodzież bawi się przy śpiewie Martyniuka, czy Sławomira, to zupełnie tak, jakby na wiejskiej zabawie muzykowali wujek i szwagier. Sami swoi!

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}