... smażone i suszone. Uwielbiam grzybobranie, a chodzenie z koszem po lesie jest wspaniałym relaksem.
Od najmłodszych lat zbieranie runa leśnego stanowiło pasję mojego taty. Zabierał mnie na swoje poszukiwania i uczył jak wygląda: maślak, rydz, prawdziwek koźlarz, osak, siwek czy zielonka, albo kurka. Takie właśnie gatunki grzybów o różnych porach roku przywoziliśmy do domu. Potem zasiadaliśmy na stołkach i każdy grzybek był czyszczony i sortowany. Jedne szły do smażenia, inne do marynowania, wybrane do suszenia. Gdy piszę o grzybach, to od razu widzę wannę pełną siwych i zielonych kapeluszy, które przy pomocy szczoteczki trzeba było oczyścić i oczywiście umyć. Widzę też piwniczne półki prezentujące zaprawione okazy. Czuję zapach suszonych prawdziwków.
Dla mnie zbieranie grzybów obecnie również stanowi radość, ale zbiorów nie suszę, a jedynie marynuję i smażę. Mój przepis na smażone grzyby jest następujący: na patelni smażę słoninkę i cebulkę, do zasmażki dodaję pokrojone i obgotowane grzyby. Duszę pod przykryciem ok. 15 minut i zaprawiam śmietaną oraz dodaję zieloną pietruszkę. Wszystkie składniki mieszam, a one radośnie pyrkoczą na patelni, a po chwili rozpływają się w ustach i dają rozkosz smakową. Wiadomo, że każda gospodyni ma inny przepis, ale ten był praktykowany w kuchni mojej mamy i obecnie ja go stosuję.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
O przygodzie związanej ze smażeniem grzybów opowiadała jedna z członkiń Koła Spółdzielczyń, gdy w ramach działań społeczno-samorządowych wybraliśmy się liczną grupą na grzybobranie do Gospodarstwa Agroturystycznego „Strzecha” Państwa Dańkowskich w Piecach. Było to w 2004 roku. Wszystkie panie ruszyły do lasu i każda wróciła z jakąś zdobyczą. Wspomniana działaczka, patrząc na imponujący zbiór, opowiadała jak to swego czasu rodzinnie zasiedli do grzybowego posiłku. Już mieli jeść, ale nagle ktoś zażartował, że może trzeba na kimś przetestować strawę, bo wiadomo, że wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre tylko raz. Był to ciężki żart, bo łyżki zawisły w powietrzu i nikt nie odważył się skosztować smakowicie wyglądającego i pachnącego jadła. Wtem ktoś wpadł na genialny pomysł, by jedzenie przetestować na kręcącej się pod stołem kotce. Biesiadnicy nakarmili kotkę, która z wielkim apetytem zjadła solidną porcję okraszoną słoniną i śmietanką. Pokręciła się chwilkę, poocierała o nogi i nagle jak nie zacznie się wić, jak nie zacznie miauczeć... Na oczach zebranych dostała konwulsji. Na ten widok gospodyni schwyciła patelnię i zawartość wyrzuciła. Wszyscy z wielkim współczuciem patrzyli na zwierzę, nie umiejąc mu pomóc i w sumie ciesząc się, że takie boleści mogłyby być ich udziałem. Jednak nagle okazało się, że kotka powiła cztery piękne kociaczki i jej zachowanie wcale nie było spowodowane jedzonkiem. Niestety smakowite grzyby wylądowały w śmietniku. Ta opowieść wówczas bardzo nas wszystkich rozbawiła, a ja za każdym razem, gdy mowa o grzybach od nowa ją wspominam.
Podczas plenerowych wypraw na Piece gościnny gospodarz „Strzechy” osobiście doglądał grilla. Pewnego razu spółdzielczynie zaczęły komentować Jego poczynania. Najpierw ostrzegały mówiąc: „Panie Andrzeju, dymi się”; - „Ma się dymić” - odpowiadał ze śmiechem. Wówczas usłyszał: „Panie Andrzeju, iskry lecą”; - „Mają lecieć” - padła odpowiedź. Ale gdy zawołały: „Panie Andrzeju, pali się!”, wówczas już nie było żartów. Na szczęście wezwana straż ogień ugasiła, a że straty według opinii poszkodowanego były niewielkie, więc biesiada została przeniesiona w inne miejsce. Plenerowych spotkań na Piecach odbyło się kilka. Jako opiekun z urzędu byłam odpowiedzialna za ich organizację i przebieg. Współpracowałam z Panią Władysławą Bołtacz, która przez wiele lat pełniła funkcję przewodniczącej koła. Wyprawy na łono natury dostarczały wielu niezapomnianych wrażeń. Było grzybobranie, biesiadowanie i właśnie niekończące się rozmowy w miłym gronie. Jedno ze spotkań swoją obecnością uświetnił ówczesny Burmistrz Pan Paweł Bielinowicz, który wraz z małżonką włączył się do plenerowej zabawy. Swoją obecność zawsze zaznaczał też ówczesny Prezes Spółdzielni Pan Bogusław Palmowski. Mam co wspominać, bo zdjęcia wówczas wykonane przywołują utrwalone, miłe chwile. Niestety obecnie Koło Spółdzielczyń już nie funkcjonuje, bo wiele z tych wspaniałych i pełnych zaangażowania pań odeszło. Na szczęście ja jeszcze pamiętam jak skakały i grzyby zbierały.
Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}
