Dzisiaj proponuję zastanowić się nad współczesnym znaczeniem określenia honor.

Czy ono w ogóle jeszcze funkcjonuje, czy też stało się niemal całkowicie zapomnianym archaizmem. W gronie bliskich mi ludzi pojęcie honoru ma się raczej dobrze, ale kiedy włączę telewizor, czyli wpuszczę do domu, poprzez ekran, ludzi mi obcych, to tragedia. Widzę i słyszę porażający tłum zawzięcie bełkocących, cynicznych mądrali, którzy doskonale wiedzą jak sprytnie zrobić korzystny interes, aczkolwiek bez krępujących zobowiązań. O czymś takim jak honor większość z nich nawet nie słyszała. Za to uwielbiają skandować „hańba, hańba”, kiedy chcą poniżyć swoich przeciwników. Oczywiście głównie dotyczy to wszelkiej maści polityków. Oglądam codziennie rano rozmowy w TVP Info, później podobne programy w TVN i wreszcie wieczorem, w Polsacie, „Debaty dnia”. Te ostatnie wyjątkowo kiepsko prowadzone przez jazgotliwą panią Gozdyrę, na zmianę z redaktorem wątpliwej klasy - Grzegorzem Jankowskim. Obojętnie jaką stację oglądam, to zestaw zaproszonych gości, czyli postaci ze świata polityki, niczym nie różni się pomiędzy sobą. To są właśnie ci, opisani przeze mnie powyżej, telewizyjni, domowi intruzi.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Dobrze, że tylko telewizyjni, bo do wnętrza domu wpuściłbym raczej nielicznych. Powszechnie wiadomo, że człowiek, który zawodowo zajmuje się polityką, aby być skutecznym, musi przestrzegać pewnych mało szlachetnych reguł. Przede wszystkim powinien być człowiekiem cynicznym, wyrachowanym i załganym. Gdzie tu jest miejsce na jakiś honor? Wymienione cechy często deprecjonują przedstawicieli innych zawodów, ale odnośnie polityków, to one właśnie wynoszą ich na szczyty. A te szczyty to władza, pieniądze i posady dla rodziny. Słowem dolce vita. Z tym, że pewne odsunięcie się od szlachetnych zasad współżycia między ludźmi dotyczy nie tylko polityków. Telewizja jest wszechpotężnym i wszechobecnym medium, toteż przykład idący z góry zdążył już zainfekować ogromną część, skądinąd przyzwoitego, narodu.

Przypomnijmy sobie zatem, czym był, a częściowo jeszcze nadal jest, staroświecki, tradycyjny honor. Słowo pochodzi od łacińskiego honoratus, czyli czczony, szanowany. Godne określenie. W roku 1943 za oficjalną dewizę Wojska Polskiego przyjęto hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Było to rozszerzenie, o jedno słowo, określenia pochodzącego z roku 1919, dotyczącego legionów, „Honor i Ojczyzna”. Ta późniejsza wersja wciąż jest aktualna. W iIuż to popularnych określeniach użyto słowa honor? Na przykład honorowy dawca krwi, albo słowo honoru. No a imiona? Choćby popularny w różnych wersjach językowych Honoriusz. Dla przykładu - francuska wersja wizytówki znakomitego pisarza, to Honore de Balzac. No, a nasza poczciwa Honoratka? Dosłownie jej imię oznacza zasługująca na szacunek. Pozwalam sobie zatem domniemywać, że jest to kobieta pełna cnót niewieścich. Z takim imieniem można, zapewne, starać się o posadę w ministerstwie edukacji, czyli u ministra Czarnka.

Teraz trochę poważniej i nieco historycznie. Chciałbym przypomnieć słynny Polski Kodeks Honorowy autorstwa Władysława Boziewicza. Powstał on w roku 1919 i aż do drugiej wojny światowej stanowił wykładnię i podręcznik godnego postępowania. Przede wszystkim były to lata, kiedy panowie załatwiali sprawy sporne, obraźliwe dla któregoś z nich, przy pomocy pojedynków. Boziewicz dokładnie sprecyzował, w jaki sposób takie starcia powinny się odbywać. A także wprowadził pojęcie zdolności honorowej. Wyzwany na pojedynek miał obowiązek stawienia się do walki i, jak to wówczas nazywano, dać zadośćuczynienie wyzywającemu. Tymczasem zadośćuczynić godnemu przeciwnikowi mógł jedynie osobnik równie prawy i zasługujący na szacunek, jak wyzywający. Czyli posiadający ową zdolność honorową. Boziewicz wypunktował aż 28 przykładów ludzi nie zasługujących na rozwiązanie sporu godne ludzi honoru. Wymienię, dla przykładu, tylko kilka z nich. A więc człowiek łamiący dane słowo. Albo taki „gentleman”, który kompromituje kobiety własną niedyskrecją. Także ten, który obraża gości we własnym domu oraz tchórze, których różne odmiany wyszczególnia Boziewicz w swoim kodeksie. Dalej mamy jeszcze gościa piszącego anonimy i wielu innych paskudników.

Na dzisiaj wystarczy. Mam w domu kodeks Boziewicza. Nie pamiętam gdzie, ale Jeśli go znajdę, spróbuję dopasować do wspomnianych 28 przypadków, naszych polskich bonzów i celebrytów.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}