Już za chwilę wakacje i sezon urlopów. Mieszczuchy z całej Polski pojadą nad morze lub w góry, choć zapewne najwięcej z nich odwiedzi Mazury. Tymczasem Mazurianie (przypadkowa zbieżność nazwy z określeniem pracowników znakomitej restauracji obok placu Juranda) uciekną w tym okresie gdziekolwiek bądź, byle tylko uniknąć straszliwego tłoku na jeziornych plażach.

Co do mnie, to mam nadzieję, że uda mi się tego lata dwukrotnie wyjechać poza Polskę do ciekawych miejsc – tam gdzie jeszcze nie byłem. Co prawda wyjechać na krótko, bo według możliwości finansowych, ale zawsze.

Kiedy wspominam wszystkie swoje dawniejsze eskapady, pierwszym skojarzeniem jest miejsce, gdzie mieszkałem. Najczęściej hotel. A te bywały bardzo różne.

Wspominki zacznę od hotelu, w którym nie mieszkałem, ale dane mi było obejrzeć go zewnątrz i wewnątrz. To hotel LA MAMOUNIA (czytaj mamunia) w mieście Marrakesz w Maroku. Hotel należy do sieci „L”, czyli Grand Luxory Hotels. To najwyższy, światowy standard! „Mamunię” zalicza się do tych najbardziej luksusowych na świecie. Nie wiem jak dzisiaj, ale kiedy ja tam byłem jeden z apartamentów wynajmował na stałe francuski gwiazdor filmowy Alain Delon.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Zdjęcia hotelowych wnętrz każdy możne obejrzeć w Internecie. Zachęcam czytelników, bowiem warto poznać ów niemal pałacowy, arabski przepych.

Tyle o luksusie. Ale pozostańmy w Maroku. Na afrykańskiej pustyni, w oazach, można zatrzymać się w zupełnie przyzwoitych hotelach. Niemniej podczas jednej z podróży zaryzykowaliśmy wykorzystanie informacji o hotelu na pustynnych piaskach. Makabra! Okazało się, że szumną nazwą „hotel” opatrzono szałas opiekuna wielbłądów, gdzie na stryszku można było przenocować. Oczywiście we własnym śpiworze. Jasne, że nie było mowy o żadnej kanalizacji. A woda tylko do picia.

Natomiast innym razem trafiliśmy w głębi pustyni na prześliczny pałacyk. Niedaleko była oaza z polem golfowym. Jego właściciel, człowiek samotny i bardzo bogaty zbudował sobie rezydencję na pustyni. Tamże przygotował sześć eleganckich apartamentów i za stosunkowo niską opłatą chętnie przyjmował gości. Ale nie wszystkich. Tylko takich, z którymi – jak twierdził – warto było pogadać. Jako człowiek samotny i bogaty nudził się i taki to sobie sposób wymyślił na życie.

Wróćmy do luksusu. Tym razem w Polsce. Jednym z ciekawszych hoteli jakie poznałem to czterogwiazdkowy hotel VINCENT w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Ma tylko jedenaście pokoi. Ale jakich! Każdy przestronny z balkonem i każdy urządzony w indywidualnym stylu. Nie ma dwóch takich samych. Klient – jeśli akurat jest kilka pokoi wolnych – może sobie wybrać, czy woli apartament o charakterze ludowym, czy może historycznym lub też na przykład artystowskim.

Bardzo wiele lat temu, w latach siedemdziesiątych, dane mi było spędzić kilka dni w paryskim, dwugwiazdkowym hoteliku NICE (Nicea). Byłem zdumiony, że w nocy nie dyżurował nikt z hotelowego personelu. Dostałem kluczyk wejściowy od głównych drzwi i mogłem sobie wchodzić i wychodzić całkiem niekontrolowany. Szok. W ówczesnej Polsce było to nie do pomyślenia!

Niedawno zatrzymałem się w litewskich Druskiennikach w hotelu DALIJA. Poza nami nie było tam żadnych innych gości. Zapłaciliśmy, dostaliśmy klucz od wejścia i od tej pory personel widywaliśmy tylko w dzień. No proszę; dzisiaj to już normalka nawet na Litwie.

Na koniec wypadałoby „patriotycznie” wspomnieć o hotelach szczycieńskich. Tylko że ja nigdy w nich nie mieszkałem. Oprę się zatem na opinii przyjezdnych gości Muzeum Mazurskiego. Otóż chwalili oni hotelik MARIA za śniadanka, gdzie właścicielka - pani Regina - podawała znakomite, domowe konfitury z poziomek. Sam niestety nie miałem okazji spróbować. Cenię sobie natomiast kuchnię hotelu KRYSTYNA. Także kliniczną czystość wnętrz. No i warto wspomnieć, że właścicielka hotelu ma znakomitego menedżera – Darka Malinowskiego, który skromnie i bez rozgłosu wykreował się na nieocenionego mecenasa artystów współpracujących z naszym muzeum.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}