Przed tygodniem nie wygadałem się dostatecznie, zatem dzisiaj postaram się kontynuować poprzedni temat. Oto dalszy ciąg wspomnień, dotyczących popularnych w Polsce postaci. Oczywiście wspomnień wyłącznie wesołych.
Przed tygodniem opisałem swoje spotkanie z trójką znakomitych artystów. Pośród nich Krzysztofa Świętochowskiego. Wspaniały aktor, a kto go jeszcze pamięta. Ale cała trójka wymienionych mistrzów aktorstwa, literatury oraz sportowej kuli, czyli Krzysztofa, Janusza i Władka nie żyje już. Niestety. Nie mniej znam kilkoro znakomitych artystów, którzy żyją i mają się dobrze, lub jako tako, ale wycofali się z dotychczasowej działalności i … świat o nich zapomniał. Zamierzam niektórych przypomnieć. Na początek Bohdana Łazukę.
Poznałem go dość późno, kiedy wyraźnie tracił już swoją ogromną popularność, ale czasem, choć rzadko, pokazywał się w aktorskich klubach. Około 30 lat temu spotkałem go przypadkiem w Radziejowicach.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Po kilkunastu latach reżyser Jerzy Gruza wspólnie z aktorką Tatianą Sosna-Sarno otworzyli całkiem nowy nocny klub dla artystów. Byłem współautorem aranżacji wnętrz wielkiego, starego gmachu, po dawnym, warszawskim kinie. Zdążyłem wówczas zaprzyjaźnić się z właścicielami lokalu, no i w konsekwencji większość wieczorów najczęściej spędzałem w klubie „Scena”. Pewnego razu Jerzy Gruza, widząc mnie, podszedł z prośbą: jest w klubie Bohdan Łazuka. Siedzi sam przy stoliku, bo nikt nie ma ochoty dosiąść się. Niektórzy próbują, ale zaraz uciekają, bo Boguś jest nieźle nawalony i pier… takie głupoty, że nie da się wytrzymać. Znasz go trochę, dosiądź się. Przecież to nie jest nikt. Dosiadłem się. Wytrzymałem pół godziny, bowiem aktor niemal wyłącznie mówił o sobie. To oczywiste i nic złego, ale Łazuka mówił o sobie z wyraźną nutą samobałwochwalstwa, a to bywa męczące. Nie mniej kilka ciekawostek zapamiętałem. Na przykład opowieść o recitalu piosenkarskim Łazuki w ogromnej Hali Ludowej we Wrocławiu. Właściwie recitalach, bo odbyły się dwa. Przy pełnej sali. Po skończonym występie podszedł do mistrza portier. Przedwojenny wrocławianin. Z wielką atencją powiedział: Panie Łazuka, pan jesteś lepszy od Hitlera. On w tej hali miał tylko jeden komplet. Bohdan Łazuka żyje i obecnie oczekuje produkcji filmu „Uwierz w Mikołaja”. Ostatni film, jaki nakręcono z jego udziałem, to „Futro z misia”, zrealizowany w roku 2019.
Tak się to jakoś układa w artystycznym świecie, że bywają wspaniali artyści, o których pamięć szybko zaciera się po ich śmierci, a także tacy, o których pamięta się zawsze. Jest to, oczywiście, sprawa talentu, ale nie tylko. Sposób bycia, anegdotki, oryginalność. Dla mnie niezapomnianym będzie zawsze Gustaw Holoubek. Chyba od spektaklu „Mistrz i Małgorzata”. Atoli i tak przewyższa wszystkich nieżyjących artystów Jan Himilsbach. Pisarz (naprawdę świetny), aktor, a także kamieniarz. Ekscentryk i pijaczyna. Wiele razy już o nim pisałem. Ale dzisiaj, na zakończenie, anegdotka ostatnia, bo związana z jego odejściem na zawsze. Podczas pogrzebu wzruszony ksiądz powiedział: Żegnaj Janku, już nigdy nie będzie nam dane usłyszeć twego ciepłego, aksamitnego głosu. Ci czytelnicy, którzy pamiętają ochrypłe dźwięki, jakimi Janek posługiwał się w rozmowie, mogą teraz skręcać się ze śmiechu. Wokół Janka Himilsbacha zawsze było wesoło.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
