Po ostatnim felietonie na temat kabaretu politycznego otrzymałem kilka telefonów od zaprzyjaźnionych czytelników.

Ile kultury w kulturze?
Janusz Rewiński

Akurat od osób ściśle związanych z kulturą. Ludzi, których szanuję za ich artystyczną twórczość, a także zaangażowanie w życie kulturalne Szczytna. Wszyscy oni (czterech panów) gratulowali mi zamieszczonego przed tygodniem tekstu. Tyle że żaden z nich nawet nie wspomniał o programie „Ucho prezesa”, który stanowił podstawę mojego felietonu. Za to wszyscy wyrażali swoją radość, że nareszcie ktoś zwrócił uwagę na rozpasane chamstwo, z jakim mamy do czynienia, skazani na konsumpcję telewizyjnego badziewia, nazywanego przewrotnie programami artystycznymi. Połowa z moich rozmówców, czyli dwóch, skojarzyło ów problem z nadejściem nowej władzy, która w ordynarny sposób, niejako dla zasady, dołuje i deprecjonuje wszystko, co nie jest tworem ich „dobrej zmiany”. Pozostali dwaj skomentowali aktualną modę na chamstwo ogólnoświatowym trendem, czyli signum temporis - znakiem czasu. Zastanówmy się, kto miał rację.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Tydzień temu opisałem dwie telewizyjne audycje autorstwa Jana Pietrzaka oraz Marcina Wolskiego. Niegdyś wiernych PZPR-owi towarzyszy partyjnych, obecnie czynnych wyznawców ideologii PIS-u. Tutaj nie mam żadnej wątpliwości, że ewidentne chamstwo przekazu artystycznego obu panów jest wyraźnym objawem nadgorliwości w służbie u nowego pana. Ale rozpatrzmy inne przypadki.

Znakomity aktor młodego pokolenia, jak się wydaje niezwiązany z żadną opcją polityczną, Maciej Stuhr, w marcu 2016 r. prowadził konferansjerkę podczas gali rozdania Polskich Nagród Filmowych. Jak przystało na rasowego konferansjera żartował sobie uciesznie raz lepiej raz gorzej, aż do momentu, kiedy palnął: „ale państwo mają tu polew”. Obrzydliwy, niesmaczny żarcik, niezależnie od poglądów politycznych. Za to bardzo w stylu młodzieżowych, trzeciorzędnych kabarecików, gdzie obowiązuje taka moda. Moda na bezczelność, wulgarność i nie liczenie się z nikim.

Tak to jest pośród różnych artystów, ale nie tylko artystów. Warto czasem posłuchać obrad sejmowych. Nie za często, bo szkoda zdrowia. Sporo przykładów niedostatku kultury pośród wybrańców narodu (z obu stron sali) można by przytoczyć, ale ponieważ nie jestem sejmowym sprawozdawcą, pozwolę sobie przywołać tylko jedną postać. Kontrowersyjną panią profesor Krystynę Pawłowicz. Pani poseł jest ponoć wybitną specjalistką w zakresie prawa gospodarczego. Zapewne, ale gdy wypowiada się poza tematyką prawniczą, no to pożal się Boże. Buractwo jest określeniem najłagodniejszym, jakie przychodzi mi do głowy. Pani poseł stanowi znakomity przykład, że studia wprawdzie uczą zawodu, ale to jeszcze nie oznacza, że wychowują inteligenta. Ludwik Dorn użył niegdyś słowa „wykształciuchy”, które znakomicie charakteryzują ten akurat ludzki gatunek. Okazuje się, że z tytułem profesora także można być stuprocentowym wykształciuchem.

Wróćmy do artystów. Od sześciu lat nie oglądałem w telewizji Andrzeja Rosiewicza. Podobno można go zobaczyć w telewizji TRWAM, ale jakoś nie miałem okazji. Obecnie należałoby spodziewać się powrotu artysty, biorąc pod uwagę jego współpracę z PiS w latach 2005-2007. Znam Andrzeja od pięćdziesięciu lat i życzę mu jak najlepiej. Oby tylko starał się być jak najdalej od ludzi władzy. Jeśli cokolwiek zaszkodziło mu w karierze piosenkarza, to właśnie angażowanie się w politykę. Najpierw był przyjacielem Wałęsy. Później napisał piosenkę „Telefon z belwederu” o zerwaniu tej przyjaźni. Napisał także beznadziejny tekst o Michaile Gorbaczowie, a znacznie później (rok 2006) „Wystarczą cztery Ziobra i Polska będzie dobra”. Wielokrotnie zdarzyło się, że kiedy wykonywał owe „zaangażowane” pieśni, bywał wygwizdany. Ponarażał się zupełnie bez sensu i stracił sympatię widowni. Mam nadzieję, że jeszcze usłyszę go w dawnym, żartobliwym repertuarze. Takim bez prymitywnego, lizusowskiego zaangażowania.

Pośród moich dawnych przyjaciół jest jeszcze kilkoro zwolenników rządzącej obecnie partii. Na przykład Janusz Rewiński. Zawsze ceniłem sobie znajomość z tym aktorem, między innymi z uwagi na jego wybitną inteligencję. Wiem, że od dawna był wrogiem ekipy Tuska i szczerze sprzyjał PiS-owi. Postanowiłem więc dowiedzieć się co myśli obecnie i odnalazłem w Internecie interesującą rozmowę z nim. Janusz był zajadłym przeciwnikiem PO, toteż spodziewałem się ostrych sformułowań oraz tak zwanych wyrazów nienawiści. Tymczasem mój dawny przyjaciel wypowiadał się spokojnie, interesująco i z ojcowską pobłażliwością dla niezbyt kumatego, młodego dziennikarza telewizji Republika. Kulturalnie. Bez wyzwisk. I to jest przykład dla takich jak Pietrzak, czy Wolski, że zacytuję, dla kontrastu, charakterystyczną wypowiedź tego ostatniego: zasady są jasne - wygrała ta partia i morda w kubeł.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}