Przeglądając archiwalne egzemplarze swoich felietonów zauważyłem, że oto właśnie świętuję jubileusz.

Dokładnie 15 lat temu, w lutym 2008, napisałem dla „Kurka Mazurskiego” pierwszy felieton. Zakładaliśmy wówczas, że takich felietonów przygotuję pięćdziesiąt. Tymczasem lata mijają, a ja ciągle jeszcze piszę. Dzisiejszy tekst, to artykulik nr 746. Do Szczytna wprowadziłem się dwadzieścia lat temu. Przedtem, przez prawie 60 lat, żyłem w Warszawie. Zastanawiając się nad tymi datami doszedłem do wniosku, że owe lata spędzone w mieście wielkości Szczytna bardzo zmieniły mój pogląd na świat. Na lepszy i to pod każdym względem. Zarówno w zakresie spraw prywatnych, jak i tych ogólnopolskich, czy wręcz światowych. Zupełnie z innej perspektywy postrzega się życie w spokojnym, średniej wielkości, malowniczym mieście, niż obserwując codzienność w nieco zwariowanej i „zabieganej” metropolii, czyli w wielkim skupisku ludzi, gdzie brakuje czasu, a także spokoju do przemyśleń na temat otaczającego nas świata.

Pean o wyższości miasta małego nad dużym zacznę od, za przeproszeniem, polityki.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Ta dziedzina nie pasjonuje mnie, ale rozróżniam władze centralne i samorządy. W takim mieście jak Szczytno zna się raczej dość dobrze przedstawicieli miejscowej władzy, czyli kolejnych burmistrzów, starostów oraz ich ekipy. Już samo to, że nie są to anonimowi działacze, ale postacie powszechnie znane, podbudowuje ich pozycję. Muszą zatem szczególnie dbać o swój wizerunek. I dbają. No, a taki przedstawiciel centralnej, wojewódzkiej lub warszawskiej grupy trzymającej władzę? Ten nie musi nazbyt fanatycznie kierować się potrzebami mieszkańców. Ma swoich przełożonych w centrali i to oni decydują o jego politycznej przyszłości.

Pora na jakiś przykład świadczący o wyższości miasta małego. Akurat w „Kurku” sprzed kilku tygodni przeczytałem o odejściu na emeryturę kierującej Miejską Biblioteką Publiczną Jadwigi Pijanowskiej. Funkcję tę pełniła przez 27 lat. Pożegnano ją elegancko i z szacunkiem. I tu przyszła mi na myśl pewna analogia dotycząca zarządzania instytucjami kultury. Jagoda (czyli Jadwiga Pijanowska) tak scharakteryzowała swoje osiągnięcia podczas kierowania biblioteką. Otóż w bibliotece, poza spotkaniami z pisarzami, zainicjowano cykliczne ekspozycje, a także koncerty oraz warsztaty dla starszych i młodszych. A także rajdy rowerowe pod hasłem „Odjazdowy bibliotekarz”. I za te inicjatywy chwalona była przez burmistrza i przedstawicieli miejscowych władz. Pisałem niedawno o naszym muzeum. Jest ono oddziałem i jego szef podlega bezpośrednio dyrektorowi z Olsztyna. Przez 25 lat pracowała tam Monika Ostaszewska, dzisiaj moja żona. Ostatnie 18 lat była kierowniczką obiektu. Gdyby zapisać jej sukcesy, to brzmiałoby to podobnie do działalności Jagody. Przede wszystkim zapewnić mieszkańcom Szczytna atrakcyjną kulturalną rozrywkę. Pretekst do odwiedzania muzeum, bo przecież stałe ekspozycje muzealne są im już doskonale znane i mogą cieszyć jedynie letnich turystów. Toteż w Muzeum Mazurskim w Szczytnie organizowaliśmy, co rok, kilkanaście ekspozycji zmiennych, na bardzo różne tematy. Często połączone z muzycznymi koncertami, a także prezentacjami kabaretowymi. Tłumy przychodziły wówczas do muzeum, a ówczesny, olsztyński dyrektor patrzył przychylnie na menedżerskie działania Moniki, rozumiejąc, że instytucja kultury, jako taka, powinna być żywa, i przyciąga miejscowych widzów na kolejne imprezy. Wszystko to skończyło się, kiedy ze względów politycznych usunięto dyrektora Janusza Cygańskiego. Prawdziwego, świadomego swojej misji, dyrektora z Olsztyna. Przyszła nowa szefowa i co tylko mogła to popsuła. Przede wszystkim pozwalniała wszystkich pracowników uważanych za zasłużonych. Przybyli inni. Zastępczynią pani dyrektor mianowano sprawną, biurową urzędniczkę, która miała odpowiadać za oddziały. Nie mającą pojęcia o muzeum. Najzabawniejsze było to, że w ogóle nie znała fachowej terminologii.

W końcu przyszedł czas i na Szczytno. Monikę zwolniono. W sposób brzydki. Z całą pewnością z powodu „zażyłości” z poprzednim dyrektorem. Ale nie tylko. Nie do przyjęcia dla nowej władzy były nieszablonowe propozycje kulturalne dla mieszkańców Szczytna. Pamiętam jak zorganizowaliśmy wystawę na temat kultury wyspy Kuba. Była to ciekawa ekspozycja fotograficzna. Grał i śpiewał autentyczny kubański zespół. Także zaserwowaliśmy regionalny poczęstunek. Przyjechała na otwarcie pani dyrektor z Olsztyna. Na pożegnanie powiedziała do zespołu naszego muzeum tylko jedno: „Co to było? Muzeum, czy cyrk?”

Tak więc Jagoda miała szczęście do swoich szefów. Samorządowców. Chciałem napisać więcej. Także o sprawach spoza Szczytna, ale brak mi już miejsca. Może zatem następnym razem.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}