Tadeusz Kaczmarczyk z Dąbrów przez kilka lat samotnie walczył w sądach z Agencją Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która nakazała mu zwrócić rzekomo nienależne płatności unijne. Przedzierając się przez gąszcz zawiłych przepisów i paragrafów, rolnik w końcu udowodnił swoją rację, skutecznie „ucierając nosa” pewnym siebie urzędnikom.
SANKCJE ZA KOSZENIE
Tadeusz Kaczmarczyk prowadzi gospodarstwo rolne w Dąbrowach w gminie Rozogi. W 2009 roku przystąpił do planu działalności rolnośrodowiskowej w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Realizowany pakiet ekstensywnej gospodarki na łąkach i pastwiskach nakładał na niego szereg restrykcyjnych wymogów. Na czas realizacji przewidzianego na pięć lat planu musiał wywiązywać się m.in. z obowiązku koszenia określonego wcześniej areału. W przypadku jakichkolwiek uchybień, rolnikowi groziły sankcje w postaci zmniejszenia dopłat unijnych. Pan Tadeusz sporządził wniosek o ich przyznanie z pomocą fachowcy z Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Szczytnie. Kolejne kontrole przeprowadzane u gospodarza przez pracowników Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa nie wykazywały poważniejszych uchybień. Tak było prawie do końca realizacji planu, do 2013 r.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
KIEROWNIK WIE LEPIEJ
Rolnik sądził, że sankcje dotyczą tylko 2013 r. Po kilku tygodniach otrzymał telefon od pracownicy agencji z informacją, że zmniejszone dopłaty obejmują również lata 2011 i 2012. Wtedy zażądał przedstawienia mu stosownej podstawy prawnej na piśmie. W odpowiedzi otrzymał liczącą blisko 30 stron decyzję kierownika. Wyliczona przez niego kwota nienależnie pobranych płatności opiewała na 4 689,00 złotych. – Jak zobaczyłem te wszystkie paragrafy, to aż się przestraszyłem, co ja tak strasznie narozrabiałem – wspomina pan Tadeusz. Rzeczywiście, treść pisma z agencji już na pierwszy rzut oka mogłaby zniechęcić nawet kogoś znacznie bardziej obeznanego w prawie, a co dopiero rolnika, który na co dzień zajmuje się zupełnie inną materią. Gospodarz z Dąbrów liczył na to, że uda mu się wyjaśnić sprawę w trakcie bezpośredniej rozmowy z kierownikiem. – Kiedy powiedziałem mu, że nie ma podstaw prawnych, by ukarać mnie za dwa lata wstecz, oznajmił mi, że agencja ma swoich prawników i od lat wystawia takie decyzje – relacjonuje pan Tadeusz.
OLSZTYN ZMNIEJSZA O 20 ZŁ
Wizyta u kierownika przelała czarę goryczy. Rolnik postanowił w tej sytuacji odwołać się od decyzji biura w Szczytnie do dyrektora Warmińsko – Mazurskiego Oddziału Regionalnego ARiMR w Olsztynie. Ten uchylił decyzję I instancji i przekazał ją do ponownego rozpatrzenia. W odpowiedzi kierownik szczycieńskiego biura napisał liczącą 30 stron odpowiedź, podtrzymując swoje wcześniejsze stanowisko. – Na dodatek straszył mnie zwiększeniem sankcji oraz odsetek – mówi rolnik. Dyrektor oddziału regionalnego agencji ostatecznie zmniejszył gospodarzowi karę o ... 20 zł, w praktyce utrzymując w mocy decyzję kierownika Mielczarka.
PARAGRAF PO PARAGRAFIE
Pan Tadeusz się jednak nie poddał i złożył skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Napisał ją sam, bez pomocy prawnika. – Punkt po punkcie, paragraf po paragrafie analizowałem treść decyzji kierownika. Jedyną pomocą był dla mnie internet – wspomina. Jego determinacja i poświęcony czas nie poszły na marne. W wyroku, który zapadł pod koniec listopada 2015 r., WSA przyznał rację rolnikowi i uchylił zaskarżoną decyzję. Pan Tadeusz podejrzewa, że wpływ na to miało powołanie się przez niego na wyroki w bardzo podobnych sprawach, jakie zapadły w sądach w Rzeszowie i Wrocławiu. Mieszkaniec Dąbrów sam dotarł do ich sentencji i przedstawił podczas rozprawy sygnatury akt. – Na koniec sędzia pouczył mnie, że w przypadku złożenia przez agencję kasacji będę już musiał wziąć radcę prawnego, bo na tym szczeblu sam nie mogę się reprezentować – wspomina pan Tadeusz. Rzeczywiście agencja wniosła kasację, ale i w tej instancji przegrała. Korzystny dla rolnika wyrok stał się prawomocny na początku listopada. – Wygrałem, ale nie odczuwam wielkiej satysfakcji. Zadrzeć z urzędnikami, to prawdziwa droga przez mękę okupiona zdrowiem i poświęceniem mnóstwa czasu – przyznaje. Bulwersuje go to, że instytucja, która powinna z założenia pomagać rolnikom, interpretuje przepisy według własnego uznania, na ich niekorzyść. Ma żal o to, że przedstawiciele ARiMR początkowo potraktowali go lekceważąco. – Gdyby kierownictwo w Szczytnie i Olsztynie rozmawiało ze mną na równym poziomie, być może udałoby się rozwiązać tę sprawę inaczej – uważa pan Tadeusz. Według niego, w podobnej sytuacji znalazło się wielu innych rolników, jednak działania urzędniczej machiny zniechęciły ich do dochodzenia swoich racji. – Jak ktoś dostaje zawiłe pismo na 30 stron, to od razu macha ręką i rezygnuje – mówi. Zachęca jednak, aby się nie poddawać. Sam, zaprawiony w bojach z urzędnikami, deklaruje swoją pomoc.
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
