Grupka mężczyzn ze Szczytna i okolic udała się rowerami na Jasną Górę. W Częstochowie pielgrzymi spędzili dwa dni, a cały wyjazd zakończył się zachwianiem wiary w… polską kolej, która utrudniła im powrót do domu.
Najpierw cztery dni na siodełku, z noclegami w Ciechanowie, Łowiczu i Piotrkowie Trybunalskim, potem przybycie ze swoimi intencjami na Jasną Górę. Szczycieńska czteroosobowa grupa, kojarzona z Kręciołami i AKB, została wsparta przez cyklistę z nieodległych Chorzel. W Częstochowie spędziła dwa dni. – Wszyscy przeżyliśmy ten pobyt duchowo. Byliśmy na mszach, dwa razy na Apelu Jasnogórskim, blisko obrazu Matki Boskiej – relacjonuje Artur Trochimowicz, jeden z pomysłodawców wyjazdu.
Podobnie jak pielgrzymi piesi, także ci rowerowi postanowili wrócić do domu, korzystając z publicznych środków transportu. Trzy tygodnie wcześniej kupili na dworcu w Olsztynie bilety z Częstochowy do Nidzicy (stamtąd planowali dojechać do domów rowerami). Jakież było ich zdziwienie, gdy kierownik sobotniego, przedpołudniowego składu InterCity relacji Bielsko-Biała – Białystok do pociągu wpuścił z rowerami tylko dwóch mężczyzn z pielgrzymkowej grupy, a pozostałym nakazał zostać na peronie{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
- To jest tragedia, co się na tej kolei dzieje. Ja tego tak nie zostawię. Oni nie wiedzą, co mają w tych wagonach – mówi zirytowany Ryszard Dąbrowski, jeden z pozostawionych na częstochowskim dworcu. – Kierownik uparł się, nie chciał wziąć, wygonił nas z pociągu.
Mężczyźni próbowali, w celu wyjaśnienia sprawy, dodzwonić się na kolejową infolinię, ta jednak nie odpowiadała.
Skserowali bilety, by mieć dowód na przyszłość, otrzymali za nie zwrot pieniędzy w kasie. Zakupienie biletów na następny kurs okazało się kłopotliwe, bo mało sympatyczna, jak się dowiedzieliśmy, kasjerka w ogóle nie chciała ich sprzedać. Szczytnianie otrzymali ostatecznie bilety bez zapewnienia miejsc siedzących. Obsługa pociągu odchodzącego z Częstochowy przed godz. 15.00 okazała się znacznie bardziej ludzka i ze zrozumieniem wysłuchała tłumaczeń mężczyzn. Pielgrzymi dojechali bez przeszkód wieczorem do Nidzicy, a już po zmroku byli w Szczytnie. Od Jedwabna towarzyszył im Artur Trochimowicz, któremu akurat „udało się” dojechać wcześniejszym pociągiem.
Jak usłyszeliśmy, podobnie dziwne kłopoty związane z przepływem informacji na bardzo dalekobieżnej linii Kasa Biletowa – Kierownik Składu szczytnianie mieli i podczas ubiegłorocznej pielgrzymki. Wtedy jednak konduktor oddał im na rowery swój przedział służbowy.
- Nas nic nie boli fizycznie – zapewnia Artur Trochimowicz, dodając, że grupę stanowiły osoby zaprawione w dalekich rowerowych wyprawach i utrzymujące kondycję także dzięki bieganiu. – Mamy taki ból, że tak nas kolej załatwiła. Chcemy pielgrzymkę kontynuować za rok. Postanowiliśmy jednak, że pojedziemy w obie strony na rowerach.
(gp){/akeebasubs}
