W wieku 79 lat zmarł Janusz Głowacki. Znakomity pisarz tłumaczony na niemal wszystkie znaczące języki świata.
Autor spektakli teatralnych wystawianych na scenach Europy i USA. Polak o międzynarodowej sławie. Toteż po jego śmierci ukazały się biografie Głowackiego w przeważającej większości polskich periodyków. Napisano peany o jego twórczości i światowych osiągnięciach. Owe artykuły ilustrują zdjęcia siwowłosego, poważnego i dostojnego mędrca w wieku zdecydowanie zaawansowanym. Zupełnie mi to nie pasuje do człowieka, którego wielkość wcale nie wynika z wartości dzieł, które stworzył. To raczej owe dzieła są wielkie, ponieważ napisał je człowiek niezwykły. Aktywny i niesłychanie dowcipny. Twórca, który już w wieku dwudziestu kilku lat, wyrafinowaną inteligencją i spostrzegawczością zdecydowanie górował nie tylko nad rówieśnikami, ale także uznanymi w owych latach (sześćdziesiątych) autorytetami. Miałem okazję poznać Janusza około czterdziestu lat temu. Dla mojego pokolenia był już wówczas niemal Bogiem. Wiecznie młody, w rozchełstanej koszuli, dowcipnie złośliwy komentator ówczesnej rzeczywistości. Takim go zawsze postrzegałem i takim pozostanie w mojej pamięci. Dlatego chcę dzisiaj napisać o „Głowie”, bo tak go zawsze przezywano, z lat, gdy jeszcze nikomu nie przyszłoby do głowy traktować go jak dostojnego mędrca, choć żadna z jego artystycznych wypowiedzi nie pozostawała wówczas bez echa.
Janusz początkowo studiował historię na Uniwersytecie Warszawskim, ale szybko przeniósł się na wydział aktorski Wyższej Szkoły Teatralnej. Wbrew negatywnej opinii swojego wuja, czyli brata matki - znakomitego aktora, a zarazem profesora owej uczelni - Kazimierza Rudzkiego. Wuj profesor nie dostrzegał w siostrzeńcu aktorskiego talentu. I miał rację, ponieważ Głowę wyrzucono ze szkoły już po roku, za brak postępów. Wrócił na Uniwersytet i ukończył filologię polską. Podczas uniwersyteckich studiów zaczął pisać recenzje teatralne. Jak sam to później złośliwie komentował, owe krytyki dawały mu okazję szukania pomsty na swoich aktorskich prześladowcach ze szkoły teatralnej.
Od roku 1964 Janusz Głowacki przez 17 lat pisał felietony do tygodnika „Kultura”. Byłem wtedy studentem. Dla mnie i moich kolegów felietony Janusza, najmłodszego felietonisty spośród redakcyjnych mistrzów pióra, były intelektualnym objawieniem.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
W owych młodzieńczych latach napisał Głowacki scenariusze do trzech filmów: „Polowanie na muchy”, „Trzeba zabić tę miłość” i „Rejs”. Warto przypomnieć, że słynny rejsowy dialog inżyniera Mamonia I Sidorowskiego, czyli Maklakiewicza i Himilsbacha, co to Mamoń mówi do Sidorowskiego: a w filmie polskim proszę pana, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje proszę pana. Nic. Bardzo niedobre dialogi są, proszę pana... został napisany dla aktorów przez Janusza Głowackiego.
Zapamiętałem sporo żartobliwych powiedzonek i określeń autorstwa Janusza. To on słysząc, że zmarł pewien powszechnie znany osobnik o kiepskiej reputacji zamożnego oszusta, skomentował wiadomość słowami „na biednego nie trafiło”. Kiedyś Janusz zabawnie opisał swoją metodę na nieupijanie sie w knajpie. Opowiedział, że po wejściu do lokalu zawsze najpierw wyszukuje wzrokiem najbrzydszą dziewczynę. Potem popijając wódeczkę przygląda się, co jakiś czas, owej panience. Kiedy dziewczyna zaczyna mu się podobać, to znaczy, że koniec z piciem i pora iść do domu. Dodam jeszcze, że używane w Warszawie słowo „ściek”, do określenia nocnych klubów wymyślił Janusz Głowacki, przemieszczając się nad ranem ze SPATiF-u (klub aktora) do klubu filmowców wynajętą miejską polewaczką.
Tyle wspomnień warszawskich. W grudniu 1981, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego, Głowa poleciał do Londynu, na angielską premierę swojej sztuki „Kopciuch”. Po angielsku „Cinders”. Podczas stanu wojennego zdecydował się pozostać poza Polską. W roku 1984 jego „Kopciucha” wystawiono w Nowym Jorku. W roli głównej wystąpił słynny amerykański aktor Christopher Walken. Janusz w Nowym Jorku pozostał na stałe, ale często Polskę odwiedzał. Zupełnie przypadkowo spotkaliśmy się w Warszawie kilka lat temu. A gdzie? Gdzieżby indziej jak nie w restauracji „Samson” na Starym Mieście. Tej samej, w której zdarzało nam się spotykać w latach siedemdziesiątych.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
