Jest trochę młodszy od Dni i Nocy Szczytna, przyciąga zdecydowanie mniej chętnych, ale wciąż ma się dobrze i nie budzi skrajnych emocji.

Jarmark międzykulturowyMowa oczywiście o Jarmarku Mazurskim, który w minioną sobotę odbył się na połączonych dziedzińcach: ratuszowym i zamkowym. Osoby szukające zaczepki znaleźć tu trudno. Przybywający poruszają się po jarmarcznej przestrzeni w zupełnie innym celu. Chętnych do przygotowania stoisk wciąż nie brakuje (fot. 1). I choć może nie wszystko się sprzeda, jak chciałby dany handlujący, to każdy współtworzy międzyregionalny klimat. Niektórzy to stali uczestnicy jarmarku. W tym roku nie zabrakło stoisk z Mazur, Warmii, Kurpi, Podlasia, Wileńszczyzny, a nawet Podhala. Ceny, rzecz jasna, niekoniecznie niskie, ale chętnych do kupowania nie brakowało. Nie było tu w zasadzie towarów kojarzących się z tą mniej ambitną częścią asortymentu oferowanego podczas Dni i Nocy Szczytna. Nie brakło nawet wyrabianych i smażonych na bieżąco pączków.

Jarmark Mazurski to także towarzysząca wszystkiemu muzyka. Jeszcze nie tak dawno temu stałym elementem były dźwięki jazzowe – znaczący wkład w sprowadzanie bandów grających tego typu muzykę wnosił nasz nieżyjący już współpracownik Andrzej Symonowicz. W jarmarkowe weekendy nie brakowało nigdy także muzyki ludowej. I tak było tym razem. Na liście wykonawców znalazło się niemało zespołów – choć głównie ze Szczytna. Po raz kolejny nie zawiodła Kapela Dworska (fot. 2) z podwileńskiej Mejszagoły, której utwory porwały niejedną osobę do tańca pod sceną.

 

WYBORCZE ECHA

Za nami zaprzysiężenie prezydenta wybranego przeszło dwa miesiące temu, ale w Szczytnie i okolicach niektóre komitety wciąż zapomniały posprzątać po wiosennej kampanii. Na ogrodzeniu parkingu niedaleko szpitala nadal wisi sobie baner jednego z najbardziej rozpoznawalnych kandydatów (fot. 3). W Lipowej Górze Wschodniej jeszcze dłużej można „podziwiać” plakat starszy, bo dotyczący ubiegłorocznych wyborów samorządowych  (fot. 4) . O przeterminowanym plakacie już jakiś czas temu pisaliśmy, ale najwyraźniej ktoś to przegapił. Żeby było śmieszniej – tuż obok wspomnianego materiału wyborczego znajduje się reklama firmy sprzątającej...{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

 

PRZEPISY NA LUZIE

Przepisy są po to, by je łamać – taką zasadą kierują się, niestety, nie tylko ci, którzy są odpowiedzialni za posprzątanie po kampanii wyborczej. „Kurek” pisał ostatnio o hałasujących młodych (chyba) kierowcach samochodów i motocyklistach. Tydzień temu pojawiła się u nas informacja o skontrolowaniu podczas pewnej akcji „aż” sześciu hulajnóg elektrycznych i czterech rowerów. Co pouczającego z takiej akcji może wyniknąć? W internecie regularnie czytamy o wypadkach (także śmiertelnych) z udziałem młodych hulajnogowiczów. Niżej podpisany ma jakieś dziwne szczęście, że regularnie widzi po dwie osoby na jednej hulajnodze (rzadziej – trzy) śmigające z prędkością zdecydowanie niebezpieczną. Przewożenie kogoś na rowerze na kierownicy to u nas w zasadzie norma. Jeżdżenie na jednym kole – też. O przejeżdżaniu przez pasy nie warto wspominać. Niejednokrotnie widzimy osoby jadące na rowerze chodnikiem, które mijają się z radiowozem (poruszającym się na szczęście jezdnią) i nic. Ani jedni się nie boją, ani drudzy nie reagują. To, że do poważnych wypadków spowodowanych przez prowadzących jednoślady dochodzi u nas rzadko, jest jakimś cudem. Ale wszystko do czasu...

Przepisem bez większych skrupułów nagminnie łamanym przez prowadzących większe pojazdy jest parkowanie w miejscach zakazanych znakami, które powinno się znać. Jest zakaz przy stadionie na ul. Ostrołęckiej (fot. 5) ? Jest. Ale podczas niedawnych zawodów strongmanów był ignorowany. Postawiono parę miesięcy temu znak w pobliżu kościoła WNMP? I co z tego (fot. 6) ? Nie tak dawno przy wjeździe na parking przy ul. Lipperta dodano tabliczkę z ograniczeniem czasu postoju autobusów bardzo chętnie tam parkowanych (fot. 7). Nie będziemy pisali o włączaniu stopera, sprawdzaniu faktycznego czasu postoju. Wystarczy z ciekawości przyjść wieczorem, a potem rano. Zobaczymy te same autobusy. Nie wiemy, czym było spowodowane umieszczenie tabliczki takiej treści (parking aż tak eksploatowany nie jest), ale jednak zakaz się znajduje. Tylko co z tego wynika?

 

JAK Z(A)GIĄĆ SŁOWACKIEGO?

„Słowacki wielkim poetą był” – bezskutecznie próbował przekonywać swoich uczniów w „Ferdydurke” nauczyciel nazywany Bladaczką. Nie wiemy, czy na skrzyżowaniu ulic Konopnickiej i Słowackiego działał jakiś fan prozy Gombrowicza, wróg naszego wieszcza czy po prostu zwykły wandal - tabliczka z nazwą ulicy wygląda po prostu haniebnie (fot. 8) . Choć wymianę tabliczek zapowiadano jeszcze za poprzedniego burmistrza, pisano o niej także za obecnego włodarza, to faktem pozostaje, że ileś miejsc jest jakby niezauważonych. Wspomniane należy do tej grupy. Niektóre tabliczki wymieniane są w dość specyficzny sposób, co widać choćby na  fot. 9 . Odnosimy wrażenie, że akcja z wymianą powinna mieć charakter ciągły. Tabliczek (dwustronnych) jest naprawdę sporo i zanim wymienione zostaną te ostatnie, te pierwsze mogą być już w stanie nie do końca idealnym.

 

 

DO KTÓREJ KASY?

Od paru lat w większych polskich sklepach (w naszym powiecie też) sukcesywnie pojawiają się kasy samoobsługowe. W trosce o dobro klienta? Teoretycznie też, choć chodzi raczej o zatrudnianie mniejszej liczby osób.

Niżej podpisany, gdy widzi większą kolejkę przed normalną kasą, kieruje zazwyczaj swe kroki ku kasom samoobsługowym. Coraz częściej jednak pojawiają się z nimi problemy. Nie dotyczą one wcale długiego oczekiwania na pracownika sklepu/asystenta w przypadku kupowania alkoholu. Nierzadko na wyświetlaczu pojawia się informacja, że położony towar jest błędny (co to znaczy?). W przypadku niektórych produktów (skanowanych) trzeba podać ich liczbę. Jeśli to przegapimy, pojawi się problem. Czytniki nie są na ogół zbyt czyste – stąd kłopot ze skanowaniem. Wcale nierzadko zdarzają się sytuacje, że w przypadku towarów zbyt lekkich (chociażby przypraw) waga kwestionuje poprawne przeprowadzenie całej operacji. I wtedy też musi pojawić się pracownik sklepu, by coś wystukać. Częstokroć jest to osoba obsługująca równolegle normalną kasę – wówczas pokrzywdzeni są ci, którzy stanęli tam w kolejce. Rozmaitych problemów nie brakuje – stąd np. podawane na kasach informacje, by poszczególne produkty ważyły odpowiednio dużo  (fot. 10). Taki dopisek widzieliśmy ostatnio np. w jednym ze sklepów w Rucianem-Nidzie. A jeśli to, że mamy coś lekkiego, uświadomimy sobie dopiero po zeskanowaniu niemal wszystkiego?

Jak podają niektóre media zachodnioeuropejskie, w tamtej części naszego kontynentu są sieci, które odchodzą od idei kas samoobsługowych, widząc w nich więcej niekorzyści – dochodzi tu także kwestia nieuczciwości ze strony tych i owych klientów. Kasjera wyprowadzić w pole trudniej...

Tekst i foto (w większości) G.P.J.P.{/akeebasubs}