Felieton sprzed tygodnia poświęciłem problemom związanym z edukacją. Dzisiaj mam wrażenie, że nie wygadałem się dostatecznie i korci mnie, aby ów temat kontynuować. Aktualna reforma systemu edukacji, to
oczywiście polityka. Wielki spór pomiędzy przedstawicielami różnorakich partii.

Co do mnie, to postaram się obejść polityczne argumenty na tyle, na ile jest to w ogóle możliwe, i napisać poważnie, choć z przymrużeniem oka, o edukacyjnym szaleństwie ostatnich lat. Powiedziałem lat, bo przecież już od pana ministra Romana Giertycha, czyli roku 2006, kolejne reformy szkolnictwa wywoływały zastrzeżenia i protesty. Kiedy minister Giertych ogłosił słynną amnestię maturalną, w dużych miastach protestujący wyszli na ulicę. Pamiętam to doskonale, bowiem w tym samym czasie mój dawny kabaret - „Stodoła” obchodził 50-letnie. W specjalnym programie jubileuszowym akurat mnie, weteranowi, powierzono wykonanie piosenki autorstwa Elżbiety Jodłowskiej o praktykach ministra Giertycha. Melodyjkę znamy z filmu Barei: „Dzień dobry, cześć, czołem, pytacie skąd się wziąłem: Jestem Wesoły Romek...” dalej zabawne, aktualne żarciki o panu ministrze. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Przypomnijmy sobie nieco późniejszy okres, kiedy to kierowanie edukacyjnym resortem powierzono pani Annie Zalewskiej (rok 1915). Pani minister zasłynęła, jako autorka reformy szkolnictwa. Zasłynęła negatywnie, choć ja nie będę oceniał jej zawodowej działalności, bo zbyt mało znam się na tym. Jeśli ktoś sobie życzy, to liczne druzgocące opinie może przeczytać w internecie. Teraz aktualności, czyli przejdźmy do czasów ministra Przemysława Czarnka. Dwa lata temu został powołany na stanowisko ministra edukacji, a także nauki. Pan Przemysław Czarnek zasłynął jako postać bardzo kontrowersyjna. Jest absolwentem i wykładowcą, w stopniu profesora, Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Co do zasad edukacji, to pan minister jest przeciwny poglądom lewicowym i liberalnym. Preferuje wychowanie w duchu religijnym, w oparciu o nauki Kościoła Katolickiego. W zasadzie dlaczego nie? Szkoda tylko, że dzisiejszy Kościół kojarzy się głównie z ciemnogrodem. A przecież nie tak dawniej bywało. Ja uczyłem się religii od szkoły podstawowej, aż do matury. Ale moją parafią był kościół Świętego Krzyża w Warszawie, na Krakowskim Przedmieściu. Był i jest to kościół ojców misjonarzy. W przykościelnej sali katechizacyjnej stał fortepian, a także aparat projekcyjny do wyświetlania filmów. Księża byli misjonarzami znającymi świat zachodni, mówiący w różnych językach. W stalinowskich latach mojej podstawówki (1952-1959) nasz katecheta, stosunkowo młody ksiądz Leon Lisiewicz, opowiadał nam, jak to naprawdę jest w Ameryce i innych dalekich krajach. Także wyświetlał czarno-białe filmy Disneya (inne dzieciaki z tamtych lat jeszcze nie słyszały o myszce Miki), a nawet grał na fortepianie jazzowe utwory (robił to znakomicie). Także opowiadał o Louisie Armstrongu. Byłem przecież małym kajtkiem, a pamiętam jego występy do dzisiaj. Oczywiście ksiądz Lisiewicz przekazywał nam także wiedzę religijną. A my wierzyliśmy we wszystko bez zastrzeżeń, bo nasz katecheta wyrastał ponad przeciętną rzeszę edukatorów. Ufaliśmy mu bezgranicznie. Później, kiedy zmieniłem szkołę i rozpocząłem naukę w warszawskim liceum im. Mikołaja Reya, nadal uczęszczałem na lekcje religii do Kościoła Świętego Krzyża. I nie tylko ja. Cała młodzież ze śródmieścia i starego miasta spotykała się na lekcjach religii u Świętego Krzyża. Bez żadnego przymusu. Był to po prostu klub młodej inteligencji, w którym można było porozmawiać z księżmi, dosłownie, na każdy temat. Jeszcze jedną obsesją pana ministra jest wychowanie młodzieży według archaicznych wzorów i zasad, dawno zapomnianych we współczesnym świecie. Że wspomnę tu choćby zalecane przez profesora cnoty niewieście. Tylko dlaczego świat należy cofnąć? Z jakich pobudek? Kiedy studiowałem architekturę, dziekanem wydziału był pan profesor Franciszek Piaścik.
Miał sześćdziesiąt kilka lat i wydawał nam się staruszkiem. Pochodzący z Kurpiów wybitny znawca architektury drewnianej. Pan profesor kochał owe Kurpie i chciał, żeby świat był zawsze taki, jaki pamięta ze swojej wiejskiej młodości. Toteż nagle, jako dziekan wydziału, wystąpił z wnioskiem o nakazaniu studentom noszenia fartuszków, na wzór szkolny. Pomysł nie przyjął się. My studenci mieliśmy z tego powodu niezły ubaw, a w noworocznej, tradycyjnej szopce kukiełka dziekana zaśpiewała piosenkę (według mojego tekstu), której fragment brzmiał następująco: problem numer jeden, to spódniczki mini, bo nie wie, co czyni ta, co chodzi w mini. Odsłaniają biodra, odsłaniają brzuchy, ja to zlikwiduję, niech noszą fartuchy. Śmiechu było co niemiara, ale my kochaliśmy naszego profesora-staruszka i nikt nie miał mu za złe zabytkowych pomysłów. Rozumieliśmy, że to z wielkiej miłości do folkloru, w jakim niegdyś żyć mu przyszło. A jak to jest z innym profesorem, czyli ministrem Czarnkiem?
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}