Jeszcze trochę o estetyce

Jeden z moich przyjaciół zatelefonował do mnie, abym zwrócił uwagę na informację podaną w internetowych wiadomościach Onet. Informację o nowych zasadach umieszczania reklam na ulicach zabytkowego Krakowa. Był ciekaw mojej opinii.

Otóż około rok temu wdrożono przepisy wynikające z uchwały Rady Miejskiej o utworzeniu Parku Kulturowego STARE MIASTO w Krakowie. Od tego czasu wszystkie reklamy w obrębie Plant muszą być zgodne z ustalonymi szczegółowo wytycznymi. Na przykład nie powinny być zbyt jaskrawe kolorystycznie, a daszki i markizy nie mogą zasłaniać zabytkowych detali architektonicznych. Według informacji Urzędu Miasta już ponad 50% reklam zostało wymienionych. Władze miasta zamieściły w Internecie spory pakiet zdjęć Krakowa zrobionych przed zmianami i po nich z prośbą o komentarz.

Przejrzałem starannie ten pakiet i mam uczucia mieszane. Z jednej strony niektóre fragmenty staromiejskich ulic „odetchnęły” po oczyszczeniu z koszmarnej tandety banerów i porozstawianych na chodnikach stojaczków. Z drugiej pozbycie się części reklam – tych zaprojektowanych z pewną starannością – pozbawiło ulice wielkiego miasta charakteru metropolii. Niektóre zmiany wręcz dziwią mnie; na przykład reklama okien „Empiku”. Nie mniej ogólnie rzecz biorąc przyjęte kryteria zasługują na uwagę.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Co z tego wynika dla Szczytna?

„Znaj proporcją mocium panie” – jak powiada Cześnik w fredrowskiej „Zemście”. Oczywiście, że tę proporcję znam. Ale także i w Szczytnie mamy nieco pięknych architektonicznie obiektów i może warto by je chronić przed byle jakim, okolicznościowym, obwieszaniem. W końcu „Mazury cud natury” to nie jest jakaś lipa, a nasze miasto to także są Mazury. Jeden z internetowych komentatorów, Polak mieszkający w Amsterdamie, pisze o dawnym wyglądzie krakowskich ulic: „cały ten syf reklamowy” - porównując Kraków do Amsterdamu. Tutaj ma akurat rację. Widziałem Amsterdam i uważam, że jest to najbardziej dekoracyjne miasto w Europie. Wygląda jak wymyślona przez największych artystów teatralna dekoracja. Nikt tam nie powiesiłby tandetnego plastycznie baneru. Zwłaszcza brudnego i podartego, co u nas niestety stanowi pewien standard.

Wróćmy do Krakowa. Może w tym mieście łatwiej jest cokolwiek zrobić w dziedzinie estetyki, ponieważ tam od zawsze artyści liczą się nade wszystko. Krakowskie wielkie nazwiska - historyczne i współczesne - można wyliczać w nieskończoność. Zatem na zakończenie pozwolę sobie przywołać osobę jeszcze żyjącą, ale już historyczną, czyli Barbarę Hoff.

Barbara Hoff studiowała w latach pięćdziesiątych historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od roku 1954 rozpoczęła współpracę z krakowskim tygodnikiem „Przekrój” i dziennikarstwo stało się jej podstawowym zawodem. Była żoną słynnego pisarza Leopolda Tyrmanda. Sama też napisała kilka książek, a także sporo kabaretowych i piosenkarskich tekstów. Aż tu nagle zasłynęła z zupełnie czegoś innego. Mówiąc krótko – wymyśliła „trumniaki”, a co to dokładniej oznacza już wyjaśniam.

W latach pięćdziesiątych modne pośród światowych panienek były czarne baleriny, czyli płócienne, letnie pantofle. W Polsce nie do kupienia. Polki mogły jedynie zazdrościć owych modnych pantofelków, oglądając je na włoskich lub francuskich filmach. I wtedy Barbara Hoff podała w „Przekroju” sposób jak można domowym sposobem zrobić sobie samej modne balerinki. Najpierw trzeba kupić białe tenisówki (te bywały w sklepach). Następnie wyciąć nożyczkami przednią część z dziurkami do sznurowadeł. To wycięcie należało obszyć tasiemką, a następnie cały pantofel pomalować na czarno. Do pomalowania najlepiej nadawał się czarny, kreślarski tusz „Perła” – wodoodporny. I tak zapanował w Polsce szał balerinek, które felietonistka Stefania Grodzieńska żartobliwie nazwała „trumniakami”, nawiązując do tekturowych bucików w jakich wówczas chowano zmarłych. Nazwa natychmiast się przyjęła.

A co do Barbary Hoff, to od tej pory zajęła się projektowaniem mody, a jej kolekcje, w latach siedemdziesiątych, były wprost „rozszarpywane” w stoiskach Hofflandu w Warszawskich Domach Towarowych CENTRUM.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}