Moje felietony bardzo rzadko są komentowane. Ten ostatni, na temat szczycieńskiego szpitala, doczekał się opinii jednego z czytelników. Ponieważ internetowy tekst zawiera sugestię odpowiedzi w następnym moim felietonie, chętnie spełnię tę prośbę i pozwolę sobie rozwinąć szpitalny temat na miarę mojej wiedzy. Ale najpierw zacytuję w całości tekst autora komentarza, który określił się, jako „taki sobie ze Szczytna”.

Jeszcze o szpitalu
Szpital. Pocztówka sprzed dziesięciu lat. Autor A. Symonowicz

Pozytywne wrażenia to pan ma, panie Symonowicz, bo pana znają z pisania do „Kurka”, więc nie chcieli się „podkładać”. Ale jeżeli jest tak dobrze - to dlaczego szpital w Szczytnie ma tak fatalną opinię wśród mieszkańców? Może by pan na takie pytanie odpowiedział w następnym felietonie?

Był taki moment, że podobnie jak pan, zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jestem uprzywilejowany z racji mojej pisaniny. Atoli nie odniosłem wrażenia, żeby ktokolwiek rozpoznał mnie, tym bardziej, że moje zdjęcie przy tytule felietonu zostało zrobione 12 lat temu. Mało dzisiaj przypominam tamtego faceta. Jeden tylko raz lekarz dyżurny, z którym na co dzień nie miałem do czynienia (przyszedł na noc), przeczytawszy moje nazwisko mruknął „aaa, gawędy z grzędy”. Ale zaraz poszedł sobie i tyle go widziałem.

W poprzednim felietonie napisałem, że sporo nasłuchałem się o tym, jakim to beznadziejnym szpitalem jest ten nasz szczycieński obiekt. Ano nasłuchałem się. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Także naczytałem, ponieważ dwa lata temu pisałem już na temat szpitala (pisałem źle), pisali o nim także inni, a to spowodowało spory „wysyp” czytelniczych komentarzy. A były one bardzo różne. Wcale nie wszystkie negatywne. Wrócę jeszcze do tych tekstów, ale najpierw kilka spostrzeżeń osobistych.

Zaraz po ukazaniu się poprzedniego numeru „Kurka” spotkałem się z jednym z moich tutejszych przyjaciół. Pojechaliśmy razem do Olsztyna. Samochodem. Taka podróż trwa niecałą godzinę. Mój współpasażer przeczytał felieton, zatem przez niemal całą drogę słuchałem jego opowieści jakże to ja się mylę, bowiem szczycieński szpital w żaden sposób nie zasługuje na dobrą opinię. Co prawda zastrzegał się uczciwie, że zna tylko oddział chirurgii, a nigdy nie był na oddziale wewnętrznym. No cóż, ja z kolei nie odwiedziłem chirurgii, ale mam ciekawe rodzinne spostrzeżenia, z których wynika opinia zupełnie odmienna niż mojego przyjaciela.

Jest w mojej rodzinie pani, która mieszka na południu Hiszpanii, ale całe lato zawsze spędza w swoim domku na Kurpiach. W lesie. W Hiszpanii w tym czasie jest zbyt gorąco. Anna jest Polką, toteż okres pobytu w Polsce wykorzystuje do załatwienia przeróżnych spraw medycznych. Jej najbliższy szpital to lecznica w Łomży, ale także odwiedza Szczytno (samochodem godzina drogi). Kilka lat temu, zupełnie nagle wylądowała w szczycieńskim szpitalu. Na ginekologii. Wyszła po trzech dniach, po zabiegu, zachwycona opieką i zawodową kompetencją lekarzy. I oto tego lata musiała poddać się operacji woreczka żółciowego. Nie udała się do Łomży, gdzie od dawna ma swoje znajomości. Przyjechała do Szczytna. Na oddział chirurgii. Poddała się operacji i znów wyszła zachwycona. Tutaj dodam, że Anna opowiadała nam niejednokrotnie o służbie zdrowia w Hiszpanii. Jej zdaniem taki szpital jak szczycieński, to pod każdym względem niedościgły wzór dla szpitala najbliższego dla turystycznego kurortu Conil de la Frontera nad oceanem, gdzie Anna mieszka jesienią, zimą i wiosną. Conil jest miastem wielkości Szczytna, ale własnego szpitala nie posiada.

Wrócę do dawnych, internetowych komentarzy na temat naszego szpitala. Wspomniałem o nich na początku felietonu. Pośród opinii zdecydowanie negatywnych były także teksty pochwalne, a także podziękowania. A więc zdania są podzielone. Zacytuję fragment jednej z wypowiedzi: wiem, że niejedna z osób, które tę złą opinię powielają nie ma w domu takich wygód i opieki jak zapewnia nasz szpital. Tutaj uzupełnię wypowiedź komentatora o własne spostrzeżenie. Co najmniej jedną trzecią łóżek na oddziale wewnętrznym zajmują osoby bardzo leciwe i bardzo chore. Nie opuszczają łóżek. Wiele z nich nie kontaktuje ze światem. Czekają na odejście, a przywieźli je do szpitala krewni, którzy nie są w stanie lub nie potrafią sami zająć się nimi. A może nie chcą, bo obserwowałem takie starowinki, których nie odwiedzał nikt. Ich jedyną rodziną w ostatnich chwilach życia były szpitalne pielęgniarki. Wspaniałe dziewczyny. Empatyczne. Świadome swojej roli.

Na zakończenia jeszcze jeden cytat z internetowych wypowiedzi komentatorów: pewnie są i tacy, którzy byli tu leczeni i oczekiwali luksusów jak w pięciogwiazdkowym hotelu, ale takim wszędzie będzie źle. Święte słowa. Ileż to ja takich ludzi obserwowałem w domach wczasowych, na zagranicznych wycieczkach i innych atrakcyjnych spędach. W szpitalu także leżał na korytarzu jeden taki mantyka, co to wszystko, mocnym głosem, komentował na nie. Oczywisty fakt, że nie zyskał niczyjej sympatii. Ani innych chorych, ani personelu medycznego. Dla porządku dodam, że ja też pierwsze dwa dni leżałem na korytarzu. Dopóki nie zwolniło się łóżko w pokoju. Wspominam o tym gwoli informacji dla pana „taki sobie ze Szczytna”, który sądzi, że byłem traktowany prominentnie.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}