O czym tu napisać w czasie, kiedy czekamy na kolejną falę pandemiczną. Kiedy sytuacja na granicy białoruskiej staje się coraz groźniejsza, a kraj nasz kłóci się z Unią Europejską o interpretację prawniczych reguł.

Tematy te „wałkują” na okrągło i nieprzerwanie wszystkie środki masowego przekazu, zatem gdybym i ja chciał zabrać głos, to i tak nie napiszę nic nowego. Spróbuję więc, z okazji dopiero co rozpoczętego nowego roku szkolnego, podumać nieco na temat, co też może wyrosnąć z dzieci i młodzieży edukowanych według nowych, aktualnie obowiązujących reform.

W pewnym skrócie widzę to tak. Polityka historyczna niemal całkowicie wyeliminuje rzetelną, historyczną wiedzę o minionych dziejach. Młode umysły na szkolnych lekcjach, niczym w szkółce niedzielnej z powieści Marka Twaina „Przygody Tomka Sawyera”, chłonąć będą prawdy objawione, w przekonaniu, że wzniosła, mistyczna wiedza zapewni im, kiedy dorosną, wyjątkowo wysoką pozycję. Jako duchowych przywódców Europy i reszty świata. Co do płci pięknej, to w niedalekiej przyszłości, samodzielne kobiety z klasą zostaną zastąpione przez panie wyposażone w cnoty niewieście, czyli niewiasty.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Nie mam żadnej wiedzy na temat zmian, jakie mają nastąpić w doborze stosownych lektur obowiązkowych, ale łatwo domyślić się, co może zostać wyeliminowane z pozycji proponowanych dotychczas. Na przykład takie „Przygody Kubusia Puchatka” Alana Milne. Niby nic takiego, czego nie można by polecić dzieciom. A jednak warto zastanowić się, czy aby wielka przyjaźń Kubusia z prosiaczkiem jest aby na pewno jedynie czystą, zdrową i niewinną przyjaźnią! Mieliśmy już przecież teletubisia Tinky Winky z torebką. I co się okazało? Gej. Jakże to trzeba być czujnym. Czujnością prawdziwego czekisty. Jak w bolszewickiej Rosji.

Kilka słów o sowieckiej, po polsku radzieckiej, propagandzie komunistycznej. Skierowanej do młodzieży. Jej celem było wychowanie „prawdziwego, radzieckiego człowieka”. Rosja Rosją, ale powojenna Polska, służalcza wobec ZSRR, usiłowała wzór ten powielić i indoktrynować naszą młodzież w duchu komunistycznym. Ja swoją edukację, w pierwszej klasie podstawówki, rozpocząłem w roku 1952. Czyli jeszcze za Stalina. Zatem pozwolę sobie powspominać, jak ta indoktrynacja wyglądała i o skutkach uporczywych zabiegów wychowawczych tamtejszego reżimu. Jeśli chodzi o historię. Powszechnie wiadomo, że niektóre fakty całkowicie wyeliminowano, a inne załgano. Na przykład nikt nigdy, w ówczesnej Polsce, nie usłyszał o bitwie pod Monte Cassino, a potwornego mordu w Katyniu dokonali, oczywiście, Niemcy. Mówienie na ten temat było czymś niebezpiecznym. A jednak pamiętam, że w piątej, czy szóstej klasie podstawówki nasz nauczyciel historii, pan Smętek, dokładnie opowiedział nam o armii Andersa i słynnej bitwie. Nieco później, w moim warszawskim liceum (im. Mikołaja Reya) nauczyciele, w większości jeszcze przedwojenni, zupełnie nie krępowali się obowiązującą doktryną i opowiadali nam o tym, że Powstanie Warszawskie nie było słynną akcją Armii Ludowej, a także wyjaśniali, że w lasach nie walczyli wyłącznie partyzanci z Batalionów Chłopskich, ale były także inne formacje. To wszystko działo się na początku lat sześćdziesiątych. Dyrektorem szkoły był wówczas przedwojenny polonista profesor Pawłowski. Ale wkrótce potem wywalono z kierowniczej funkcji powszechnie lubianego „Dyra”, a w dyrektorskim fotelu zasiadł, mało popularny nauczyciel języka rosyjskiego, niejaki Pietkiewicz. Zrobiło się jakby groźniej, a jednak ta zmiana ani trochę nie wpłynęła na niezakłóconą prawdomówność, otrzaskanej w boju, naszej kadry nauczycielskiej.

To teraz jeszcze kilka słów o latach studenckich (1963-1969). Już na samym początku studiów (za Gomułki) uczęszczaliśmy, raz w tygodniu, na żołnierskie zajęcia do Studium Wojskowego Politechniki Warszawskiej. Tamtejsza kadra oficerska, to byli głównie kombatanci spod Lenino. A jednak w konfrontacji ze studentami, potrafili opowiadać niewygodną, wojenną prawdę. Pamiętam także, jak major Rola bardzo dokładnie i prawdziwie opowiadał nam o zbrodni w Katyniu.

No i tak dorastaliśmy sobie otoczeni wytresowanymi politycznie propagandzistami. Zatem powinniśmy, my wszyscy niegdyś młodzi, stać się tępymi komuchami. Tymczasem, już w okresie moich architektonicznych studiów, a było nas na roku 100 osób, tylko jeden chłopak należał do PZPR. Zapewne dlatego, że był synem partyjnego bonzy. Mieliśmy także jednego (!) studenta zetemesowca. To był całkiem porządny grubas, ale lubił piwo. Tymczasem komórka ZMS miała prawo zaopatrywać się w ten napój za pieniądze związkowe. W pokoiku ZMS zawsze stały skrzynki z butelkami piwa, a szef komórki nikomu nie żałował napitku, mimo że i tak nie miał żadnych szans, aby kogokolwiek namówić na członkowstwo. Tutaj dodam, że piwo w tamtych latach nie było traktowane jak napój alkoholowy i było dostępne zarówno w biurowych bufetach, jak i w studenckich klubach.

Mimo że na początku felietonu wróżyłem raczej ponuro o przyszłości dzisiejszych młodych, to po przeanalizowaniu całości zagadnienia uważam, że nie ma co tragizować. Cokolwiek nie wymyśli pan minister Czarnek, to wcale nie ma powodu, aby widzieć owo na czarno. Światopogląd dzieciaka i tak ukształtują rodzina i bliscy. Szkoła to tylko margines edukacji obywatelskiej, a rutynowani i świadomi swojej misji nauczyciele, to przecież nie jest banda uległych sługusów partyjnych. I tym optymistycznym akcentem...

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}