Trwa karnawał. Po łacinie „carne vale” oznacza „żegnaj mięso”. Czyli karnawał jest pożegnaniem mięsa przed wielkim postem. Zgodnie z tradycją, należy podczas karnawału jeść dużo, niejako na zapas, a także tańczyć. Przed wiekami uważano, że karnawałowe pląsanie ma wpływ na urodzaj.

Karnawałowe maskarady
Bal gałganiarzy na warszawskiej ASP w roku 1957

Im wyższe w tańcu podskoki, tym wyżej będzie rodziło zboże. W europejskich krajach, na wsiach, urządzano tradycyjne tańce wokół ogniska. Z podskokami. Pośród wielu karnawałowych obyczajów praktykowano także wszelkiego rodzaju przebieranki. Pierwotnie miały one na celu ukrycie się przed złem. W myśl zasady, że jeśli nie zostanę rozpoznany, to w nadchodzącym wiosenno - letnim sezonie żadne zło mnie nie dopadnie. I tak z czasem owe zapustowe obyczaje stały się pierwowzorem współczesnych karnawałowych balów, pośród których na szczególną uwagę zasługują bale przebierańców, czyli maskarady, niegdyś zwane redutami.

Wielkim rozgłosem cieszyły się reduty za czasów panowania Jana III Sobieskiego (1674-1696). Odbywały się w pałacu w Wilanowie z udziałem rodziny króla. Były to bardzo elitarne bale przebierańców, przeznaczone tylko dla najwyższych warstw społecznych. Za czasów panowania Augusta Mocnego (po roku 1697) reduty nie tylko nie straciły na popularności, ale stały się bardziej powszechne, ponieważ w organizowanych balach mógł wziąć udział każdy obywatel, bez względu na pochodzenie, jeśli tylko stać go było na stosunkowo dużą opłatę. Pisano wówczas, że na takich maskowych balach „hrabina flirtuje z szewcem, a książę obłapia w tańcu praczkę”.

Tradycyjne, maskaradowe imprezy straciły na popularności w połowie XIX wieku.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Zastąpiły je bale eleganckie do przesady. Dzisiaj powiedzielibyśmy - snobistyczne. Świat się zmienił. Kobiety chciały zaprezentować swoją urodę w jak najbogatszej oprawie. Panom zaś zależało na zademonstrowaniu się w najlepszym stylu względem manier i światowego obycia.

Po pierwszej wojnie światowej Polacy euforycznie przeżywali odzyskanie niepodległości. Organizowano niezliczone bale. Szczególnie w karnawale. Wówczas to powróciła moda na maskarady. Stało się tak, ponieważ wciąż na przyjęciach obowiązywały staroświeckie normy, wynikające z zasad dobrego wychowania. Panny mogły pojawić się na balu wyłącznie w towarzystwie matki i przyzwoitek, a mężatki koniecznie z mężem. Nikt w towarzystwie nie mógł być osobą nieznaną, a tancerz proszący panią do tańca najpierw musiał być jej przedstawiony. Z takim nowo poznanym partnerem można było zatańczyć tylko jeden raz. Co do innych panów, to kobiecie nie wolno było przetańczyć z tym samym osobnikiem więcej niż 2-3 razy. Absolutnie! Natomiast podczas maskarady łatwiej było zniknąć z oczu opiekunom i wtopić się w tłum. Być choćby trochę anonimowym. I stąd owa nagła popularność maskaradowej wersji karnawałowych balów.

Najbardziej elitarnymi balami w Polsce lat międzywojennych były maskarady organizowane w Warszawie przez ambasady. Na przykład w roku 1930 odbył się słynny bal maskowy w ambasadzie angielskiej, stylizowany na przyjęcie dworskie u Napoleona III. Rolę cesarza odegrał wówczas poseł belgijski w Warszawie. Warto dodać, że to właśnie w latach międzywojennych środowisko artystów plastyków zainicjowało „nową świecką tradycję” pod nazwą BAL GAŁGANIRZY. Bodajże pierwszy bal, który dał początek kolejnym maskaradowym imprezom artystów, odbył się na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w roku 1927. Nazwano go balem „dzikich i niezadowolonych artystów malarzy”. Jak wynika z zachowanego zdjęcia, wszyscy balujący artyści przebrani byli za Indian. Jeden z nich nosił tarczę w kształcie palety z napisem „pożeracz sztuki”. Takie bale organizowano później także na innych artystycznych uczelniach. Nazywano je balami gałganiarzy z uwagi na szczególną, artystyczną, zwariowaną nieco dowolność zaprojektowanych dla siebie abstrakcyjnych kostiumów.

Po wojnie reaktywowano akademickie maskarady. Pierwszym współczesnym balem gałganiarzy była bodajże impreza na warszawskiej ASP w roku 1957. Zachowała się doskonała dokumentacja fotograficzna Tadeusza Rolkego - nestora polskich fotografików-reportażystów. Przypomnę także czytelnikom, że znakomity film z roku 1967 „JOWITA” z Barbarą Kwiatkowską i Danielem Olbrychskim zaczyna się od balu gałganiarzy na krakowskiej ASP, na którym to balu poznają się główni bohaterowie. To akurat były także moje lata studenckie. Uczestniczyłem wówczas w podobnych balach na uczelni warszawskiej i miło je wspominam.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}