Orlen Reklama Top

 

Kilka luźnych spostrzeżeń

Tak jakoś ogólnie składało się, że w ostatnich felietonach albo coś piętnowałem, albo - ni stąd ni z owąd - chwaliłem, albo odnosiłem się do historii, opisując Młynarskiego, Stanisławskiego czy inne gwiazdy bliskich mi czasów zamierzchłych. A gdzie podziały się anegdotki osobiste? Wiem, że zapewne wszystko już zdążyłem opowiedzieć. No, ale może jednak nie wszystko?

Genialny aktor - Ignacy Gogolewski - namawiany do picia (w sytuacjach towarzyskich) mawiał: dziękuję; ja już swoją wannę wódy wypiłem - po czym nadal nagabywany, dodawał - no może jeszcze nie całą - i dla świętego spokoju wypijał kolejkę.

No to może i ja spróbuję dorzucić od siebie coś bardziej prywatnego. To jest przypomnieć sobie kilka bardziej osobistych anegdot.

Pod koniec moich lat studenckich, czyli w latach przełomowych 69-70, do grona najbliższych mi przyjaciół i przyjaciółek należała śliczna, młodziutka blondyneczka - Joasia Żółkowska. Dzisiaj wspaniała aktorka i wielka gwiazda. I wciąż blondynka! Otóż Joasia, nie będąc warszawianką, podczas swoich aktorskich studiów w Warszawie mieszkała na stancji. A pokój studencki wynajmowała u pewnego dziennikarza mieszkającego w Alejach Jerozolimskich. Tenże nazywał się - i nazywa - Jerzy Urban. Był wówczas żurnalistą znanym i popularnym, ale nie kojarzono go - jak później - z polityką.

Pamiętam, że kiedyś - za zgodą właściciela mieszkania - Joasia wydała wielkie, okolicznościowe, no i oczywiście młodzieżowe, przyjęcie. Gospodarz lokalu, czarujący starszy (jak dla nas) pan był pośród gości. Trudno go było nie polubić. Kiedy natomiast zajrzałem do pokoju mistrza, zdumiał mnie zestaw drewnianych stojaków na gigantycznym biurku. Każdy z nich był starannie zaprojektowaną podporą do wygodnego czytania czasopism o różnych formatach. Tych stojaczków na biurku było pięć albo sześć. Od razu widać - zawodowiec!

Do innego wspomnienia sprowokowały mnie moje niedawne kontakty z urzędnikami Starostwa Powiatowego, gdzie brak kilku pieczątek na przedłożonych dokumentach zakrawał na poważne wykroczenie.

W roku 1974 przebywałem w Stanach Zjednoczonych - w Chicago. Jako współautor wielkiej, jubileuszowej i propagandowej wystawy „Poland Today”. Ekspozycja przez pierwsze dwa miesiące miała miejsce w chicagowskim Museum Science and Industry i tam Polacy założyli swoje biuro. Mieliśmy zatem w owym biurze, przywiezione z Polski, wszelkie możliwe pieczątki osobiste i służbowe, w tym także takie rarytasy jak „za zgodność” czy regulowane datowniki. Nasi amerykańscy partnerzy byli zdumieni. Oni wcale nie używali pieczątek w obiegu wewnętrznym. Podpisy wszystkich szefów były ogólnie znane i całkowicie wystarczały, bez głupawego stemplowania. Podpis i …już! Także w sprawach finansowych.

W lipcu przypadają imieniny Krzysztofa. Szef naszej grupy miał tak na imię. Toteż tego dnia do polskiego biura zawitało wielu życzliwych. A jeden z nich - wicedyrektor całego chicagowskiego muzeum - Polak z pochodzenia - przyniósł naszemu Krzysiowi szczególny prezent. Był to mianowicie dość pokaźny woreczek pełen pięknie wykonanych, tradycyjnych, drewnianych pieczątek. A jakież tam były treści! Żałuję, że pamiętam niewiele, ale boki zrywaliśmy, czytając teksty, które zdaniem Amerykanów, mogłyby znajdować się na pieczątkach. Na przykład: dyrektor w randze wiceministra, upoważniony do zatrudnienia ludzi i krasnali. Albo: czynny prezes wagi superciężkiej lub też: sekretarka dziadka do orzechów. Oj, było czym stemplować!

Andrzej Symonowicz