Przed tygodniem „Kurek Mazurski” zacytował wypowiedź Henryka Żuchowskiego na temat organizowanej w Szczytnie imprezy „Dni i Noce Szczytna”.
Wypowiedź negującą promocyjną wartość owego święta. Trudno się z nim nie zgodzić. Dni i Noce Szczytna w formule zaproponowanej w ostatnich latach niczego nie promują. Na pewno nie miasta Szczytno. Są typowym festynem ludowym, jaki organizują niezliczone miasteczka na wzór tradycyjnych niemieckich „festów”. Zamkniętą dla ruchu główną ulicę wypełniają stragany z wszelakim badziewiem, a na końcu owej ulicy umieszcza się ogromną estradę, której głównym zadaniem jest nieustanne, hałaśliwe dudnienie. Co do wieczornych koncertów, to zgadzam się z Żuchowskim, że nikt kulturalny nie zaryzykuje oglądania nawet największych gwiazd, stojąc w hałaśliwym tłumie napitej gawiedzi. Ale przede wszystkim gdzie w tym rozgardiaszu jest jakikolwiek akcent dotyczący naszego miasta? Gdyby toto pokazywała ogólnopolska telewizja, nikt z rodaków nie zapamiętałby skąd transmitowano ów „karnawał”.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Trudno mi zrozumieć, dlaczego niemal zupełnie zapomniano o promocyjnych walorach fikcyjnej postaci Juranda oraz autentycznej Krzysztofa Klenczona. W Szczytnie powinno aż roić się od wszelakich pomników, pomniczków, pamiątkowych tablic i tym podobnych akcentów przypominających te dwie postacie. W zamian mamy tłum paskudnych pofajdoczków, co to nic nikomu nie przypominają, zatem z całą pewnością nie promują miasta. Moja żona od dawna uważała, że dla upamiętnienia wymienionych znaczących postaci należałoby na placu Juranda, po obu stronach wejścia na schody prowadzące do fosy, zaprezentować ich rzeźby w skali naturalnej. W pozycji siedzącej, na przykład na murku, czyli w formie tak zwanej „ławeczki”, jak to ma miejsce w bardzo wielu miastach. Na przykład w Olsztynie, przed zamkiem, siedzi pięknie wyrzeźbiony Kopernik i wszyscy turyści obowiązkowo robią sobie przy nim zdjęcia. Ja sądzę, że należałoby znaleźć miejsce dla takich rzeźb w nowo projektowanym otoczeniu ruin zamkowych. Z całą pewnością rachityczny bidul udający Krzysztofa Klenczona, stojący pod trzepakiem na promenadzie prowadzącej do molo, marnie świadczy o szacunku, jakim miasto Szczytno darzy swojego słynnego obywatela.
Omawiając zasady promocji miasta chciałbym przytoczyć pewien ciekawy, pozytywny przykład. Piętnaście kilometrów od Częstochowy, nad jeziorem, znajduje się niewielkie miasteczko Poraj. Zaledwie dziesięć tysięcy mieszkańców. W tym miasteczku spędził ostatnie lata swojego życia Janusz Gniatkowski. Piosenkarz. Bożyszcze lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Absolutnie numer jeden tamtych lat. Nagrał około czterdziestu piosenek. W roku 1954 występował w niemal wszystkich „demoludach”, ale także w RFN, Francji i Austrii. Nieco później także w USA, Kanadzie i Australii. Jego największym przebojem była „Apassionata”, a piosenka „Kuba wyspa jak wulkan gorąca” śpiewana jest i dzisiaj. Zmarł w Poraju w roku 2011, w wieku 83 lat. Jeszcze za życia artysty zainicjowano w miasteczku festiwal jego piosenek. Połączony z konkursem. W tym roku, w dniach 9-10 czerwca, odbędzie się impreza numer 8. Któż na tym festiwalu nie bywa? Głównym jurorem konkursu jest słynny muzyk Krzysztof Sadowski. Obok niego inne sławy. Występują na estradzie zarówno amatorzy jak i piosenkarskie wygi. Gdyby nie ów festiwal, nigdy nie usłyszałbym o miasteczku Poraj. No, ale skoro już usłyszałem, to wybieram się tam w czerwcu i oczywiście opiszę to, co zobaczę i usłyszę.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
