...filmy, bilety i karnety, to wspomnienia związane z pełnymi emocji spotkaniami z obrazem na magicznym, dużym ekranie. Najpierw były dziecięce wyprawy do kina „Jurand” na „Poranki”, podczas których w każdą niedzielę o godzinie 12.00 wyświetlano nam bajki.

Kino...
Budynek nieistniejącego już kina „Jurand”. Na zdjęciu obok fragmenty mozaiki i rzeźb zdobiących jego front, obecnie znajdujące się w wieży ratuszowej

Sala pękała w szwach, a śmiech radości towarzyszył bohaterom kreskówek. Niezapomniane wyczyny „Bolka i Lolka” czy „Reksia” wręcz magnetyzowały, a „Zaczarowany ołówek” po prostu czarował i przysięgam, że nie tylko ja podczas oglądania otwierałam z wrażenia buzię. Wyprawy do kina wpisały się w życiorys mojego pokolenia, były pożądane, oczekiwane i modne. Jednak w pewnym momencie, by dostać się na wymarzony film trzeba było stać w długiej kolejce, a tuż przed samym okienkiem panował ścisk i tłok. Pamiętam, że stojąc po bilet na film „Robinson Crusoe” zostałam tak przyduszona, że prawie utraciłam przytomność. Była to walka o przetrwanie i przetrwałam, bo bilet zdobyłam.

Jako nastolatka pod kinem umawiałam się na randki, a zasada była taka, że kto pierwszy przyszedł, ten zajmował kolejkę. Takie stanie we dwoje było fantastyczne, bo ścisk sprzyjał przytulankom, miłym dotykom, a jak już się dostało miejsce w ostatnim rzędzie, to nawet można się było nie tylko cały czas trzymać za ręce, ale i... całować. Jako kolekcjonerka pamiątek posiadam dwa unikatowe bilety wstępu do kina, jeden z 1977 r. na film „Wielka podróż Bolka i Lolka”. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Jako 17-latka uczestnictwem w tym filmie, oddałam hołd twórcom kultowej kreskówki. Drugi bilet z 1978 r. był na film „Wrzos”. Do kina chodziłam z siostrą, z koleżankami, z chłopakami, a gdy przyszedł czas małżeńskiej sielanki, to nagle okazało się, że aby wyjść do kina trzeba załatwić opiekę dla dziecka. Gdy wielkie, kolorowe plakaty głosiły zaproszenie na film „Dirty Dancing” my, jako para wychowana na wyprawach do kina, postanowiliśmy naszego synka zostawić pod opieką i obejrzeć filmową, intrygującą projekcję. Mąż poszedł w kolejkę, ja, obiecując synkowi kolejny komplet klocków lego, dołączyłam do niego. Niestety biletów zabrakło i wówczas kierowana determinacją weszłam do pań sprzedających bilety i po prostu wyspowiadałam się, że tyle zachodu, bo opieka do dziecka i nici z małżeńskiego wypadu. Panie popatrzyły na siebie, roześmiały i po prostu tak po ludzku powiedziały: „My już ten film oglądałyśmy, wpuścimy was na służbowe”. Służbowe miejsca były na samej górze, a siedzenie tam było wielkim wyróżnieniem. Do dziś to pamiętam i jestem paniom bileterkom wdzięczna za fantastyczny wieczór.

Pamiątkowe karnety oraz unikatowy repertuar z 1999 r. z czasów uczestnictwa w Dyskusyjnym Klubie Filmowym

Potem nastały czasy kaset i gdy wyświetlano film osobiście zadawałam sobie dużo trudu, by namówić znajomych na wspólne wyjście i zapewnić frekwencję, bo film wyświetlano, gdy na widowni zasiadało chyba minimum 5 osób. Na szczęście był jeszcze Dyskusyjny Klub Filmowy. W 1978 roku koleżanka zabrała mnie na pierwsze spotkanie z taką formą prezentacji filmów. Kilka dni temu w rozmowie telefonicznej przypomniałam jej to, wówczas ze śmiechem powiedziała, że rozprowadzała karnety i dodała, że pamięta panią Majkę prowadzącą wstępne prelekcje przed seansami. Zaciekawiło mnie to i postanowiłam porozmawiać z panią Majką. Trochę trwało ustalanie namiarów na nią, podpowiedzią był fakt, że jako solidna i odpowiedzialna osoba na pewno zachowała telefon stacjonarny. Zajrzałam do książki telefonicznej, znalazłam telefon, zadzwoniłam. W słuchawce odezwał się ciepły, profesorski głos. Pani Maria Stępkowska z radością podzieliła się wspomnieniami. Opowiedziała o prezentacji filmów sprowadzanych do Szczytna, które nazywano „półkownikami”, bo leżały na półkach i nie były dostępne w normalnej dystrybucji. Wspominała pana Jana Walickiego, który odpowiadał za sprowadzanie filmów, mówiła o swoim bracie Tadeuszu Stępkowskim, który zanim wyjechał do Warszawy dużo serca włożył w działalność ówczesnego DKF. Podała też nazwiska Stefana Kiepurskiego, Krzysztofa Daukszewicza ówczesnego dyrektora domu kultury, Stefana Kaznowskiego, wspominała Elę Gołąbek. Podkreślała, że lista osób związanych z DKF jest długa i nie sposób wszystkich wymienić. Opowiadała o dużym zaangażowaniu Oficerskiej Szkoły Milicji, o sympozjach filmowych, które trwały kilka dni i wówczas Szczytno gościło znanych dziennikarzy i ludzi kina. Przyznam szczerze, że podczas naszej rozmowy telefonicznej czułam się tak, jak przed projekcją, gdyż pani Maria przywoływała piękne wspomnienia, zważywszy na fakt, że do „odpowiedzi” została wywołana bez możliwości wcześniejszego przygotowania. Zapytałam też jak wyglądały przygotowania do wystąpień przed filmem. W odpowiedzi usłyszałam, że faktycznie nie było to łatwe, ale istniały serwisy filmowe oraz czasopismo „Kino”. Wspominała, że po projekcji filmu odbywała się dyskusja i każdy miał prawo wyrazić swoją opinię. Miałam okazję uczestniczyć w działalności DKF najpierw w Domu Kultury, a potem w WSPol, posiadam pamiątkowe karnety oraz unikatowy repertuar z 1999 r. W czasach gdy uczestniczyłam w spotkaniach Dyskusyjnego Klubu Filmowego prelegentem był pan Stefan Kaznowski, który nauczył mnie zachowań prawdziwego widza, który nigdy w kinie nie wstaje z miejsca, gdy brzmi muzyka, a napisy nazywane żartobliwie przez pana Stefana „listą płac” nie znikną z ekranu. Wspaniały to był czas, gdy duży ekran magnetyzował nas.

Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}