Kiedyś był „Rock w ruinach” z okazji dawnych „Dni i Nocy Szczytna”, teraz, po rewitalizacji, pozostałości krzyżackiego zamku powoli stają się muzyczną mekką.

Koncerty odbywają się w różnych miejscach: na dziedzińcu ratusza, na dziedzińcu zamkowym, na tarasie po drugiej strony fosy i w dawnym refektarzu, który niedawno otrzymał nowoczesne zadaszenie. Wszędzie jest kameralnie – czyli przybywa publiczność zainteresowana przede wszystkim słuchaniem. I chyba tak być powinno.
W miniony czwartek po dłuższej koronawirusowej przerwie udanie zaprezentowała się szczycieńska „Kantata” (fot. 1). W ciągu trzech kwadransów wykonała ona pieśni i piosenki wpisujące się w jakiś sposób w klimat tego miejsca. Były zatem utwory średniowieczne, myśliwskie, związane z regionem piosenki ludowe, nie zabrakło także oryginalnych, bo chóralnych wersji dwóch przebojów Krzysztofa Klenczona.
Akcent klenczonowski pojawił się również nazajutrz, gdy wystąpił Roman Roczeń wespół z gitarzystą Krzysztofem Kowalewskim.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
– Mówią, że to był bigbit. On po prostu porządnym szantymanem był. Ładne szanty składał.
Jako dowód zaprezentował brawurowe wykonanie „10 w skali Beauforta”.
Roman Roczeń został pożegnany owacją na stojąco, a burmistrz Krzysztof Mańkowski zapowiedział, że nie był to ostatni w Szczytnie występ tego duetu.
TRUCKI WYRUSZYŁ NA SZLAKI

Podobnie jak przed rokiem nie dało rady zorganizować Dni i Nocy – czemu trudno się dziwić, pojawiły się za to u nas na dwa festiwalowe dni foodtrucki. Było ich chyba więcej niż poprzednio (fot. 3), a i klientów nie brakowało. Na placu Juranda zrobiło się bardziej kolorowo niż zazwyczaj. W końcu znalazło się więcej chętnych do spoczęcia w różnych pozycjach na pustawych na ogół ławkach z klombami (fot. 4).
Do konsumpcji potraw przyrządzanych w foodtruckach zachęcały egzotycznie brzmiące nazwy, niekiedy spolszczone w nie do końca chyba poprawny sposób. Ceny, choć promocyjne raczej nie były, nie straszyły jak „paragony grozy” znad morza. Ostatecznie należało wyłożyć jednak co najmniej paręnaście złotych, by rozkoszować się kilkoma kęsami lub łykami tego czy owego. Naszą uwagę wśród dań zwróciło to, którego nazwę uwieczniliśmy na fot. 5.
Wydawało nam się, że w skróconym tu najwyraźniej słowie „chilli”, będącym przecież synonimem ostrości, są jeszcze cztery litery, a nie trzy… Żarty żartami, bo w rzeczywistości chodzi o zupełnie inny wyraz, uboższy tutaj o dwie litery – ale jak o to danie grzecznie poprosić? W lokalu pozafoodtruckowym takie coś chyba by nie przeszło…
MOTYLARNIA W CENTRUM MIASTA
„Ach, motyle, motyle, zaczekajcie choć chwilę” ,”Motylem jestem” – te barwne (w odmianach dziennych) owady inspirują nie tylko twórców piosenek. Mogą zainspirować także „Kurka”. W Polsce nie brakuje miejsc, gdzie w eterycznych budyneczkach można podziwiać (płatnie) barwne gatunki motyli. Prawdziwy festiwal tych owadów mamy od pewnego czasu także w Szczytnie, na tyłach zamkowych ruin. Powodem jest posadzenie tu lawendowych rabatek. Te wonne rośliny przyciągają swoim zapachem różne gatunki motyli. Wyczytaliśmy, że w naszym kraju można spotkać, bagatela, ponad 160 dziennych odmian tych owadów. W pobliżu plaży czy pomnika Klenczona gatunków aż tylu nie zobaczymy, ale nad lawendowymi rabatkami jest naprawdę motylkowo (fot. 6). Latają tu, co chwilę przysiadając, nie tylko jasne cytrynki czy kojarzące się niekorzystnie kapustniki, ale i gatunki barwniejsze, np. z rusałkowatych Wystarczy poczekać jedynie na rozchylenie skrzydeł i pokazanie ich od góry – od dołu są one zazwyczaj ciemne.
Nie pozwólmy motylom odlecieć…
PRZETERMINOWANE ŚWIĘTO
Dziś 22 lipca. Zapewne starsi Czytelnicy „Kurka” pamiętają, że przez prawie pół wieku ten dzień oznaczał święto państwowe i dzień wolny od pracy. Data odwoływała się do Manifestu PKWN z 1944 roku, ogłoszonego de facto w Moskwie po zatwierdzeniu dokumentu przez Stalina. W tym święcie podobać się dziś może chyba tylko… data, kojarząca się ze środkiem letnich wakacji. Obecnie nasze narodowe święto obchodzimy 11 listopada. Powód, czyli odzyskanie niepodległości, oczywiście, nie do podważenia, ale termin nie ułatwia organizowania radosnych, letnich festynów.
22 lipca to data mogąca się – globalnie czy lokalnie – odwoływać do różnych wydarzeń. Różne ważne rzeczy działy się przecież nie tylko w roku 1944. W naszym kraju po II wojnie zaczęto jej dość powszechnie używać w celach propagandowych. Jedliśmy czekolady z „Zakładów 22 lipca”, mieliśmy wiele ulic o takiej nazwie. Wprawdzie Szczytno taka arteria jakoś ominęła, ale ulica 22 Lipca była np. w Rozogach. I to bardzo długo. Przy 22 Lipca znajdował się aż do 2017 r. Urząd Gminy (fot. 7 – dziś ul. Kętrzyńskiego). Co ciekawe, mieścił się on (i mieści) w budynku o numerze 22. O zmianach zadecydowała uchwała nr… XXII. Dopiero wówczas z tej miejscowości poznikały na amen podobne nazwy ulic: X-, XX- i XXX-lecia PRL czy Władysława Gomułki oraz 24 Stycznia, będąca odwołaniem do daty wkroczenia tu Armii Czerwonej w 1945 r.
NIE WSZYSCY MAJĄ SERCE
Stojące w różnych częściach miasta serca – pojemniki na plastikowe nakrętki – sukcesywnie się wypełniają. Pieniądze ze sprzedaży przeznaczane są na szczytne cele, czyli pomoc dzieciom w potrzebie. Przy okazji możemy wykazać się postawą proekologiczną. Niestety, nie brak ludzi, dla których segregacja odpadów i ludzka wrażliwość to pojęcia obce. Przekonać się można o tym co pewien czas, a ostatnio dowody tego widzieliśmy w pojemniku na placu Juranda (fot. 8). Szklane butelki są raczej nieduże i aż trudno przypuszczać, żeby wypicie stosunkowo niewielkich dawek napoju gazowanego i mocniejszego trunku aż tak radykalnie wpłynęło na pogorszenie się stanu świadomości osoby degustującej.{/akeebasubs}
