W Rańsku dzieci znalazły kilkutygodniowe kocięta porzucone w zawiązanej reklamówce. Nie dość, że zwyrodnialec zwierzęta skazał na okrutną śmierć przez uduszenie, to wcześniej oblał je jeszcze tłustą substancją.

Kocięta wyrzucone jak śmieci
Kocięta z reklamówki trafiły do azylu „Kocie Piece”, gdzie mają fachową opiekę

Dwa około trzytygodniowe kotki zostały znalezione przez dzieci w ubiegłym tygodniu w Rańsku. Maluchy były włożone do reklamówki, a na dodatek oblane cuchnącą, tłustą substancją. Cudem uniknęły śmierci w męczarniach. W ostatniej chwili uratowały je dzieci, które zwróciły się o pomoc do pani Natalii. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  - Nawet nie znam dobrze tych dzieci, bo od niedawna mieszkam w Rańsku – mówi nam kobieta. Początkowo sądziła, że kotki to oseski. Zaopiekowała się nimi przez noc, a następnego dnia chciała je oddać do schroniska w Szczytnie. - Tam jednak ich nie przyjęto – opowiada pani Natalia. Na szczęście znajoma dała jej numer telefonu do Marzeny Pruszczyk, która prowadzi azyl dla mruczków „Kocie Piece”. Pani Marzena, choć ma już bardzo wielu podopiecznych, bez wahania zajęła się kociętami. Umyła je i zapewniła opiekę weterynaryjną. - Kocięta dostały już surowicę i leki przeciwzapalne. Zostały wykąpane, ale nadal czuć je substancją, którą były oblane – mówi pani Marzena. Mimo że już od wielu lat niesie pomoc pokrzywdzonym przez ludzi kotom, wciąż nie potrafi zrozumieć, jak można w tak okrutny sposób potraktować bezbronne zwierzęta. Jednemu z kociąt grozi usunięcie oka, bo ma je w bardzo złym stanie. Z operacją trzeba jednak poczekać, bo maluch jest bardzo słaby. - Dorośli powinni się uczyć od dzieci wrażliwości – komentuje całe zdarzenie pani Marzena.

Przypadków takich jak ten z Rańska można by było uniknąć, gdyby mieszkańcy sterylizowali i kastrowali zwierzęta. Niestety, u nas wciąż nie jest to powszechne. Gminne programy dofinansowujące te zabiegi zwykle funkcjonują tylko w teorii. Zdaniem Marzeny Pruszczyk, poza względami finansowymi, winne jest przede wszystkim ludzkie lenistwo i wygodnictwo. - Ludziom się nie chce sterylizować kotów i psów, bo wymaga to pewnego wysiłku. Zwierzę trzeba zawieźć na zabieg, potem je odebrać, następnie przez siedem dni trzymać w domu, aby doszło do siebie – tłumaczy.

(ew){/akeebasubs}