Łamanie dobrych obyczajów, brak wdzięczności, a także stosowanie podwójnych standardów moralnych, wytknął swoim oponentom w Radzie Gminy wójt Kudrzycki. To reakcja na kierowane przez nich pod jego adresem zarzuty o zatrudnianiu w jednostkach podległych gminie rodzin radnych.

Kontratak wójta
Wójt Kudrzycki (z prawej) po otrzymaniu absolutorium zaprosił radnych, w tym także z opozycji (z lewej) na obiad. Ci jednak się nie stawili, nie uprzedzając o tym. - Dobre obyczaje zanikają - ubolewa włodarz gminy

ANI BE, ANI ME, ANI KUKURYKU

Miesiąc temu, o czym obszernie pisaliśmy, czworo radnych z klubu „Zgodna Gmina Rozogi” wystosowało apel do wójta Kudrzyckiego, aby nie zatrudniał w urzędzie ani podległych jednostkach rodzin radnych. Sytuacje takie, jak uzasadniali, wywołują niezdrowe relacje w funkcjonowaniu samorządu i protesty mieszkańców. Ich wystąpienie było reakcją na zatrudnienie w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej żony przewodniczącego Rady Gminy.

Do sprawy wrócono podczas sesji rady, która obradowała w ubiegłym tygodniu.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Poproszona przez wójta dyrektor GOPS wyjaśniała, że nowa pracownica została skierowana na wolne stanowisko przez Urząd Pracy w ramach prac interwencyjnych. Na tym się jednak nie skończyło. Wójt postanowił przejść do kontrataku. Radnym z opozycji wytknął łamanie dobrych obyczajów. Powód do sformułowania takiego zarzutu dał mu brak reakcji opozycjonistów na skierowane do nich, podobnie jak i do pozostałych radnych, zaproszenie na obiad, po otrzymaniu przez wójta absolutorium. Opozycjoniści, jak relacjonował wójt, nie informując go, czy przyjmują zaproszenie, czy nie, naruszyli dobre obyczaje. Ich postawę wójt skomentował słowami Lecha Wałęsy wypowiedzianymi w 1995 r. czasie debaty wyborczej do Aleksandra Kwaśniewskiego: „ani be ani me ani kukuryku”.

Przedstawicielom opozycji, a konkretnie radnemu Romualdowi Kaczmarczykowi dostało się też za stosowanie podwójnych standardów moralnych. Wójt wytknął mu, że swego czasu, gdy był wiceprzewodniczącym rady gminy, nie przeszkadzała mu polityka kadrowa ówczesnego wójta. Sugerował, że dochodziło wtedy do zatrudniania po znajomości. - Pan wówczas nie protestował i spoglądał z czystym sumieniem swoim wyborcom w oczy – wypominał radnemu wójt. Idąc za ciosem, posiłkując się artykułem z „Kurka Mazurskiego”, przypominał także Kaczmarczykowi, że po nieudanym referendum w sprawie przyłączenia sołectwa Dąbrowy do powiatu ostrołęckiego domagał się odwołania z funkcji sołtysa tego sołectwa Czesława Lisa (co stało się faktem – przyp. red.), inicjatora referendum, za to, że ten skłócił wioskę. Tymczasem podczas ostatnich wyborów samorządowych Kaczmarczyk startował z tej samej listy co Lis, czyli Prawa i Sprawiedliwości, a po zdobyciu mandatu został członkiem klubu „Zgodna Gmina Rozogi”. - Jaka jest pana wiarygodność? – pytał wójt. Oberwało się od niego również drugiemu Kaczmarczykowi w Radzie Gminy – Grzegorzowi. - Czy pan nigdy nie korzystał z pomocy życzliwych panu osób? – dociekał wójt, sugerując, że kryła się za tym czyjaś protekcja.

PO TO BIORĘ PIENIĄDZE

Obaj przywołani przez wójta radni dawali odpór jego zarzutom. Romuald Kaczmarczyk podtrzymywał, że zatrudnianie rodzin radnych w urzędzie i podległych jednostkach jest naganne. Taki samorządowiec, jak przekonywał, będzie zobowiązany, żeby głosować tak jak oczekuje tego wójt. - Ja za to biorę pieniądze i po to mnie ludzie wybrali, żebym nie tylko klaskał, ale i mówił to, co niektórym może się nie podobać – tłumaczył radny. Dlaczego nie reagował, gdy był wiceprzewodniczącym rady gminy? - Jeżeli tego nie mówiłem na głos, to być może dlatego wyborcy nie powołali mnie na następną kadencję – odpowiadał.

Odnosząc się do swoich relacji z sołtysem Lisem przyznawał, że stali swego czasu po dwóch stronach barykady. To jednak, jak podkreślał, nie ma wpływu na ich dzisiejsze relacje.

Z kolei Grzegorz Kaczmarczyk przypominał wójtowi, że startując do wyborów pięć lat temu zapowiadał, że zmieni w urzędzie politykę kadrową i nie będzie przyjmował osób po znajomości. Dopytywał też go z czyjej pomocy, on jako radny, miał korzystać przy zatrudnianiu. - To zawdzięczam własnym kwalifikacjom – zapewniał Kaczmarczyk, zdradzając, że to pracodawca sam do niego dzwonił z ofertą pracy. Do wyjaśnień radnego wójt się nie ustosunkował. Poinformował tylko, że nie zajmuje się polityką kadrową w jednostkach organizacyjnych. - Od tego są kierownicy jednostek – podkreślał wójt.

(o){/akeebasubs}