Niejednokrotnie pisałem o zwierzętach. O tych dzikich oraz udomowionych, współżyjących z ludźmi.
Takich jak konie, albo psy. Natomiast nigdy jakoś nie wspomniałem o kotach. A przecież są to zwierzęta równie bliskie człowiekowi jak psy. Co do mnie, to kocham wszystkie zwierzęta. Mimo że jestem typowym „psiarzem” i zawsze w moim domu był jakiś psi okaz, to miałem także okres, kiedy do naszego warszawskiego mieszkania przybył kocurek. Nieprawdopodobny okaz. Nie można było nie pokochać go. Niebieskooki syjam. Niesłychanie pojętny, a także świadomy psotnik, obdarzony niemałym poczuciem humoru. Nie sypiał on w tym samym pokoju, co ja z żoną, ale dokładnie wiedział, kiedy nadchodzi czas naszej pobudki. I oto o owej, porannej godzinie drzwi otwierały się i z dzikim wrzaskiem wjeżdżał do nas, zawieszony na klamce, kocurek. Robił to w ten sposób, że wskakiwał na zamknięte drzwi z półki regału, który stał po drugiej stronie. Łapkami chwytał się klamki. Ta uginała się, a impet skoku powodował, że skrzydło drzwi uchylało się w stronę naszego wnętrza. Wejście do pokoju było także miejscem jego ulubionego żartu. Kiedy przychodził do nas ktoś obcy, kot natychmiast zaczajał się na regale za drzwiami. W momencie, gdy gość te drzwi przekraczał, kocurek znienacka wychylał się i walił delikwenta łapką w pierś. Znajome panie twierdziły, że to erotoman, który dokładnie wie za co łapać.
To tyle wspomnień osobistych. Teraz trochę o kotach w ogóle. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Kot „przykleił się” do człowieka, odkąd tenże zrezygnował z koczownictwa i zajął się rolnictwem. Człowiek gromadził zboże. Jego zbiory przyciągały okoliczne gryzonie i kot miał przy ludziach obfite łowiska. Ale człowiek dość późno zauważył tę jego przydatność. Jeszcze w średniowieczu, na terenie ziem polskich, do ochrony zapasów zboża przed gryzoniami wykorzystywano na pół oswojone łasice, a także węże.
Wystarczy historii. Przejdę do czasów współczesnych. Zacznę od cytatu. Oskar Wilde powiedział tak: „Ludzi można z grubsza podzielić na dwie kategorie: miłośników kotów i osoby poszkodowane przez los”. Spośród ludzi powszechnie znanych największym miłośnikiem tych zwierząt był Ernest Hemingway. W swoim domu na Florydzie mieszkał z żoną i 40 kotami. Kiedy pytano go, po co mu tyle zwierzaków, odpowiadał: „posiadanie jednego kota prowadzi do posiadania następnego”. Hemingway zapisał kotom w testamencie swój dom. Kolejne kocie pokolenia żyją tam do dzisiaj, a sam budynek przekształcono w muzeum. Inny słynny pisarz - Charles Dickens posiadał tylko jednego kota, ale jakże ukochanego. Kiedy Dickens pracował, jego kot siedział obok na biurku. Pisarz tworzył przy świetle świecy. Kiedy kot zaczynał nudzić się, najzwyczajniej w świecie gasił łapką świecący płomyczek, a to oznaczało wspólną zabawę. Dla mistrza literatury absolutnie obowiązującą.
Przed tygodniem opisałem ciekawostki związane z uczestnictwem różnych zwierząt w działaniach wojennych. Ale nie było tam nic o kotach. No to dzisiaj, na zakończenie, krótka opowieść o kocie Oscarze. Podczas drugiej wojny światowej był on maskotką marynarzy niemieckiego pancernika Bismarck. Okręt zatopiono w roku 1941. Kota wyłowił brytyjski oficer i od tej pory Oscar pływał z nim na okręcie Cossac. Pięć miesięcy później także Cossac zatonął, ale kota uratował marynarz z lotniskowca Ark Royal. Wkrótce także ów lotniskowiec zatopiono. Kota znów uratowano, niemniej uznano, że przynosi on pecha i nie pozwolono mu na dalszą, morską „służbę”. Skierowano Oscara na zasłużoną emeryturę do Domu Marynarza w Belfaście. Tam, w spokoju, dokonał żywota.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
