Rozmawiajmy z dziećmi

Ważnym elementem obecnej reformy systemu edukacji są sprawdziany i egzaminy przeprowadzane na zakończenie kolejnych etapów kształcenia. I tak 8 kwietnia 2003 r. szóstoklasiści w całym kraju będą pisać obowiązkowy sprawdzian. Dla młodych ludzi jest to pierwszy, poważny w ich życiu, pisemny egzamin, (choć inaczej go się zwie). Choć uczniowie są świadomi tego, że wyniki nie będą miały wpływu na zakończenie szkoły podstawowej, to jednak ich uczucia związane ze sprawdzianem są mieszane.

Jestem wychowawcą klasy szóstej. Wiem, że są uczniowie, którzy z przymrużeniem oka podchodzą do testu kompetencji. Niektórzy nawet z lekkim lekceważeniem mówią: "co mi tam sprawdzian". Są też tacy, którzy traktują go jako wyzwanie, jako sprawdzenie wiedzy zdobytej przez sześć lat nauki. Ale są też takie dzieci, dla których sprawdzian to ogromny stres. Może są one mniej odporne psychicznie, może za bardzo chcą dobrze "wypaść" dla siebie, dla rodziców. Nie chcą zawieść oczekiwań rodziców i czasem ich przerośniętych ambicji.

Niektórzy z moich wychowanków zwierzają się z obaw, z uczuć, jakie im obecnie towarzyszą. Przyznają się: "Śni mi się sprawdzian po nocach", "dostaję rozstroju żołądka na myśl o sprawdzianie". To wcale nie jest śmieszne. A pewnie są tacy, którzy cierpią, lecz tego nie okazują. Tym uczniom trzeba pomóc. Wskazane są spotkania psychologa z uczniami i z rodzicami. Fachowiec udzieli rad uczniom, a rodzicom podpowie, w jaki sposób prowadzić rozmowy ze swoimi dziećmi, by pokonały lęk i przezwyciężyły stres.

Rodzice, rozmawiajcie ze swoimi dziećmi! Okażcie im wsparcie duchowe, udowodnijcie, że w nie wierzycie, że niezależnie od wyników będziecie zawsze z nimi.

Autorzy reformy zakładają, że trzy lata później, w gimnazjum, ten sam uczeń przystąpi do egzaminu, ale będzie miał już doświadczenie sprawdzianu, które znacznie zmniejszy stres. Czy na pewno???

Alina Mackiewicz

Świętajno

PRYWATNY REZERWAT

Nieuczciwość dzierżawców wód wobec nabywców zezwoleń na amatorski połów ryb nie od dziś wywołuje liczne kontrowersje. Szczytno z jego okolicami również dotknięte jest skutkami polityki dzierżawców wód śródlądowych, nie uwzględniających interesów bardzo licznej w tych rejonach rzeszy wędkarzy. O ile jednak zwyczaje dzierżawców znane są od pewnego czasu, o tyle ostatnimi dniami można było zaobserwować działania graniczące wręcz z nieodpowiedzialnością zachowań.

(Listy do Redakcji...)

Zezwolenie bez gwarancji

Niezorientowanym należy się jednak kilka słów wyjaśnienia. Zezwolenie na amatorski połów ryb, to koszt około 170 PLN za prawo do połowu na co najmniej kilkunastu jeziorach. Ta stosunkowo wysoka cena obejmuje możliwość wędkowania z łodzi lub brzegu dwoma wędkami lub spinningiem (to takie rzucanie sztuczną przynętą i ściąganie jej z powrotem do siebie przy użyciu wędki i kołowrotka). Zezwolenie obejmuje możliwość wędkowania przez cały rok, w tym także zimą z lodu. Nie gwarantuje jednak sukcesów wędkarskich, gdyż rybostan naszych jezior z roku na rok kurczy się. Dzień, w którym nie będzie już absolutnie żadnych szans na kuszenie turystów połowami przyzwoitych ryb (o okazach już dawno nie ma mowy) będzie dniem, w którym pozbędziemy się nie tylko źródeł dochodów z turystyki, ale również jednego z najistotniejszych argumentów zachęcających ludzi do przyjazdu w nasze strony.

Nęcące Kośno

Zdarzeniem, które bezpośrednio przyczyniło się do przywołania problemu była wizyta w rezerwacie Kośno, położonym przy trasie Szczytno - Olsztyn. Przepiękne tereny, wspaniały dziewiczy jeszcze las, urokliwe jezioro (o tej samej nazwie Kośno). W tym roku zbiornik pierwszy raz udostępniono do amatorskiego połowu ryb. Jak by się wydawało zasobny w ryby wszelkiego gatunku. W końcu jezioro-rezerwat. Dzierżawca, którym jest pasymski Energopol czy też Gospodarstwo Rybackie Pasym, przed rozpoczęciem sprzedaży praw do połowu informuje, że ze względu na ograniczenia w dostępie do połowów, wymuszone przez Wojewódzkiego Konserwatora Ochrony Przyrody, limituje liczbę sprzedawanych zezwoleń, ustalając jednocześnie stawkę opłaty na 350 PLN. Już sama kwota ogranicza liczbę potencjalnych wędkarzy. Ale sugeruje również, że będzie można nałowić się do woli (rezerwat, teren chroniony prawem). Takie same pieniądze należało zapłacić jeszcze niedawno za prawo połowu na jeziorze Brajniki, które było tzw. łowiskiem specjalnym. I ryb było tam naprawdę dostatek. Dziś okazuje się, że tak naprawdę to nie ma żadnych ograniczeń co do liczby sprzedanych zezwoleń.

Niemoralna polityka

Niestety, dzierżawca jeziora-rezerwatu należy do tych przedsiębiorców, którzy bezwzględnie realizują swoją politykę finansową i w dwóch ostatnich tygodniach lutego br. dokonał odłowu na jeziorze siecią ciągnioną (tzw. niewodem). Oczywiście nie dziwi już nikogo sposób nieuczciwego, moralnie nagannego, potraktowania wędkarzy, którym sprzedano zezwolenia po te 3,5 stówki, oferując w zamian puste, odłowione jezioro. Rzeczywistość jest taka, że nie ma nawet szans, żeby zainteresował się tym jakiś Rzecznik Praw Konsumentów, Inspekcja Handlowa czy Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W końcu to wina wędkarzy, chyba wiedzieli co kupują? A może nie wiedzieli? A, że odławiano ryby w ostatnie dni przed rozpoczęciem się okresu ochronnego - cóż takie prawo.

Niszczą zamiast chronić

To co robili na terenie rezerwatu rybacy nie zawsze było zgodne z prawem. Przy brzegu na lodzie stały sobie niepilnowane kołowroty do ściągania niewodu, jak i sam niewód. Żadne z tych narzędzi nie posiadało wymaganych prawem numerów identyfikacyjnych lub oznaczeń pozwalających na ustalenie właściciela sieci czy narzędzi rybackich. W otwory w lodzie (jest ich kilkanaście) wetknięto świeże, żywe krzewy lub gałęzie drzew. Ciekawe, czy nie zostały przypadkiem wycięte w rezerwacie?

W miejscach, gdzie wyciągano sieci, można jeszcze dziś zobaczyć śmieci: puste paczki po papierosach, butelki po alkoholu czy puszki po piwie (pominę w tym miejscu problematykę trzeźwości w pracy). Ponadto liczne zmiażdżone, poprzecinane, pokaleczone małe ryby oraz raki. Jak też kupki innych śmieci wyciągniętych przez sieć na taflę lodu. Nic tylko zapraszać turystów do podziwiania zimowych pejzaży rezerwatu krajobrazowego Kośno.

Zastanawiające jest też używanie ciągników do jazdy po tafli lodu. Przepisy zezwalają rybakom jedynie na używanie silników spalinowych do łodzi na terenie rezerwatu, ale nie mówią nic na temat używania pojazdów spalinowych.

Wspomnieć należy, że na terenie rezerwatu Kośno obowiązuje całkowity zakaz wjazdu pojazdów na teren rezerwatu. Interesujące dla organów kontroli powinno być również i to, czy rybacy uwolnili gatunki objęte ochroną okresową. W lutym gatunkiem prawnie chronionym jest miętus.

Ostatnie pytanie, na które w szczególności powinien znać odpowiedź Wojewódzki Konserwator Ochrony Przyrody. Czy przyzwolenie na odłów przy użyciu niewodu, obejmowało świadomość niszczycielskich, degradacyjnych dla środowiska skutków stosowania tej metody. Sieć taka niszczy faunę i florę jeziora, kryjówki i tarliska ryb, zaburza równowagę tlenową zbiornika czy wreszcie wzburzając osady denne prowadzi do ogólnego zamulania się jeziora, a co za tym idzie do pogorszenia stanu czystości wody. Brak ryb w zbiorniku to zachwianie równowagi biologicznej. To zwiększony wzrost masy zielonej roślin i glonów. To zubożenie w tlen zbiornika, a w konsekwencji doprowadzenie do obumarcia życia jeziora. Trudno nie przyznać, że są to czynniki, które muszą być owocne w skutkach dla utrzymania dalszego niezmiennego i pięknego obrazu rezerwatu krajobrazowego.

Brak nadzoru

Wędkarze już dawno utracili wiarę w możliwość naprawy sytuacji własnymi siłami. Właściwie nawet nie muszą tego robić, gdyż powołano do tego celu wyspecjalizowane organy, opłacane między innymi z ich podatków, których pracownicy mają obowiązek zajmować się właśnie takimi sprawami.

Osobiście zastanawia mnie inna kwestia. Mianowicie dlaczego nie zabroniono rybakom używania na terenie rezerwatu sieci ciągnionych i gdzie w trakcie odłowu był przedstawiciel Wojewódzkiego Konserwatora Ochrony Przyrody lub organu uprawnionego do kontroli poczynań zawodowych rybaków np. Straż Rybacka?

Sprawa dla samorządów

Uporządkowanie spraw związanych z rozsądnym korzystaniem z zasobów naturalnych, w które niestety musi zaangażować się również samorząd lokalny, szczególnie dla takich rejonów jak szczycieński, żyjących w sporej części z turystyki, winno zajmować więcej troski i miejsca na obradach władz lokalnych. Nie jest to problem, który da się rozwiązać jedną decyzją na przestrzeni miesiąca czy roku. Odbudowa i dbałość o środowisko naturalne musi być stałym elementem w strategii rozwoju rejonu. Nie może być traktowane jako problem doraźny.

Na kanwie powyższego jawi się potrzeba ścisłej współpracy z organami powołanymi od zarządzania i ochrony przyrody. Nie wymaga angażowania żadnych środków finansowych ze strony samorządu, a jedynie intensyfikacji działań organów powołanych do ochrony środowiska poprzez szeroko rozumianą współpracę. Zachowania naruszające przepisy nie mogą być tolerowane. Rodzą one poczucie bezkarności. Edukują nowe pokolenia, wskazując im wzorce do zachowań. Czy takich wzorców szukamy? Czy potrzebny nam nauczyciel taki jak obecny dzierżawca Kośna, czy wielu innych wód?

Może przyszła już pora na pierwszą lekcję szacunku i dbałości o Nasze wody. Kiedyś trzeba zacząć.

Jacek Horoszkiewicz

(wędkarz od 28 lat)

2003.03.12