...dla ochłody to smakołyk pożądany i temat adekwatny do aktualnej pory roku. Gdy lato króluje, wiele osób ten produkt kupuje.

Lody...
Jadwiga Pijanowska z córką Olą obok budki z lodami przy kawiarni „Mokka”, rok 1986

Niedawno rozmawiałam ze znajomymi i każdy miał różne doświadczenia związane z chłodzącym kubki smakowe produktem. We wszystkich przywołujących przeszłość opowieściach jedna sytuacja była niezmienna – stanie w kolejce do budki lub kiosku gdzie sprzedawano ten pyszny, zimny smakołyk. Od razu podczas rozmowy wykreśliliśmy plan rozmieszczenia takich punktów w Szczytnie z naszego dzieciństwa. Wyszło nam, że najstarsza lodziarnia zlokalizowana była koło „Gastołka” (tak nazywano kiosk ruchu, w którym sprzedawał pan o nazwisku Gastołek). Uściślając, budka zlokalizowana była na ulicy Żwirki i Wigury po prawej stronie, kierując się z ulicy Odrodzenia w stronę Jeziora Małego Domowego. Lody sprzedawała tam rodzina państwa Jakuszewskich, a potem... tu doszło do kłótni, jedna z dyskutantek uparcie wmawiała nam, że po Jakuszewskich budkę przejęli państwo Bogaccy. Natomiast pozostałe rozmówczynie z uporem i stanowczością twierdziły, że rodzina Bogackich lody sprzedawała w budce na ulicy Warszawskiej naprzeciwko kościoła ewangelickiego. Takim sposobem namierzyłyśmy dwa z pierwszych, w naszej ocenie, punktów sprzedaży lodów w Szczytnie, trzeci był przed kawiarnią Mokka, kolejny przy kawiarni „Muszelka” przy obecnej „Mazurianie”, następny przy browarze, wreszcie najważniejszy i kultowy przy Domu Kultury. Być może były jeszcze inne, ale taki plan wykreśliło pokolenie moich równolatków, a wiadomo, że skleroza nie boli, ale trzeba się czasem nachodzić. Więc my chodziliśmy do tych wymienionych punktów i zawsze staliśmy w ogonku oczekujących.

Pierwotna zasada sprzedaży lodów była prosta, sprzedawane były na gałki. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}Specjalną łychą nakładano rarytas między dwa wafelki. Taki lód wyglądał jak obecnie popularne lody bolero, ale zamiast kosteczki miał kuleczki. Gdy się taki lód wówczas lizało, to język „lata(ł) jak łopata”, a i tak z loda kapało na brodę, na ubranie, a na koniec rozmoczony wafelek był uwieńczeniem wyścigu lizania i rozkoszą, którą czuło się długo. Tu muszę wyznać, że zanim poznałam smak lodów, to najpierw poznałam smak wafli. Zdradzę, że rodzina Jakuszewskich mieszkała w Szczytnie na ulicy Suwalskiej, a ich sąsiadami byli moi dziadkowie. Pani Zofia Jakuszewska przyjaźniła się z moją babcią Jadwigą Saj i obie panie wspólnie spędzany czas przeznaczały na krojenie wafli. W sezonie, a dokładnie tuż przed 1 maja, roboty było dużo, kiosk w pierwszomajowe święto zaczynał sprzedaż i odpowiedni zapas wafli musiał być przygotowany. Podczas pracy trafiały się „połamańce” i te „połamańce” dostawała moja babcia. Przechowywała wafle w płóciennym woreczku i gdy wnuki się na Suwalską schodziły, to taki płócienny, biały woreczek babcia otwierała i nas waflami częstowała. Do dziś uwielbiam suche wafle, a gdy zaczynam je chrupać, to wracam pamięcią do czasów, gdy wafle i lody królowały.

W moim dzieciństwie powiedzenie: „masz na lody”, było wyróżnieniem najsmakowitszym i nagrodą pieniężną o znaczeniu najwyższym. Równolegle z lodami „nakładanymi” można było też czasem nabyć lody na patyku, takie lody bambino ja kupowałam na odpuście, gdy wypoczywałam u drugiej babci na wakacjach, bywały też w sklepach mleczarskich. Jednak największy lodowy hit nad hitami wprowadził pan Mączka, uruchamiając sprzedaż i produkcję lodów kręconych wprost do wafla-rożka. Ależ po te lody włoskie tłumy się kręciły, a stojąc w kolejce z uwagą lustrowaliśmy reklamę „ORBISU” umieszczoną na zderzaku lokomotywy. Gdybym była malarzem, to nawet dziś mogłabym namalować ówczesny pociąg marzeń, który w moim wyobrażeniu wiózł turystów w siną dal i promował: turystykę, podróże i wypoczynek. Malowidło przez lata zdobiło front budynku, do którego przylega Miejska Biblioteka Publiczna w Szczytnie. A skoro jestem przy bibliotece, to je dyrektor Jadwiga Pijanowska na potrzeby tego tekstu pozwoliła zamieścić fotkę, na której w 1986 roku została sfotografowana z córką Olą i niechcący, przypadkiem została też uwieczniona budka z lodami zlokalizowana przy kawiarni „Mokka”, a należąca do „Społem”. Moja firma lody sprzedawała i takie budki w ajencje różnym ajentom przekazywała, oni lody kręcili i całe miasto mrozili. Jednak kolejny lodowy hit wydarzył się dzięki innowacji państwa Medźwiedzkich, którzy pod koniec lat dziewięćdziesiątych uruchomili sprzedaż lodów w plastikowych, kolorowych, jednorazowych kubeczkach. Pamiętam, że te kubeczki zbierałam, bo tuż przed wyjazdem na urlopowy pobyt w Ośrodku Wypoczynkowym „Kobylocha” kosztowaliśmy niezapomnianych smaków w oryginalnych naczyniach i ja zamiast wyrzucić, kubeczki umyłam i przeznaczyłam na pucharki do poziomek, jagód, deserów... Ale lodową mapę wspomnień Szczytna wytyczyłam i się ochłodziłam.

Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}