NADZWYCZAJ NIERYCHLIWA INTERWENCJA

Nadzwyczaj nierychliwa interwencja

Prawie rok temu pisaliśmy o słupie z latarnią, który stał, a właściwie walił się przy przejeździe kolejowym na ul. Ostrołęckiej. No i nic, słup powoli pochylał się coraz bardziej i już chcieliśmy powrócić do tematu, bo wydawało się, że wnet upadnie i nie daj Bóg, kogoś przygniecie. A tu nagle, gdy przejeżdżaliśmy ulicą, zauważyliśmy widok taki – fot. 1. Na skraju zdjęcia z prawej strony widać powalony i już częściowo pocięty na mniejsze odcinki rzeczony element. Można odetchnąć – niebezpieczeństwo zniknęło razem ze słupem. Przy okazji warto dodać, że gdy opisujemy podobne przypadki wymagające interwencji służb samorządowych lub państwowych, ich przedstawiciele często dziwią się i irytują, że nie jest to zgłaszane bezpośrednio do nich, a do naszej gazety. Cóż, odpowiedź jest prosta. Z reguły interwencje zwykłych obywateli są nieskuteczne. Jak coś opisze „Kurek”, to choćby po roku, ale jednak sprawa zostanie załatwiona.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

CO TO ZA ROBOTA?

No i w związku z powyższym, nie bardzo ufając urzędom, pan Marian, mieszkaniec ul. Ogrodowej, skarżył się niedawno w redakcji, a nie w ratuszu, że część ul. Andersa została wyłączona z ruchu i choć trwało to już trzy dni, nic się przez ten czas za zagrodzonym barierkami odcinku nie działo - fot. 2. No, może nie tak całkiem, bo gdy wspólnie z panem Marianem zaglądnęliśmy za barierki, naszym oczom ukazał się widok taki - fot. 3. W nawierzchni zauważyliśmy wycięte skrawki asfaltu, tak na oko, z powierzchni o wymiarach 20 cm x 100 cm. No, tego było za dużo jak na nerwy naszego Czytelnika. - Co to za robota, przez trzy dni robotnicy zdołali wykonać tylko tyle? Tylko dlatego zamknięto ulicę? - irytował się pan Marian. Dodał jeszcze kilka ostrych słów, a na koniec zapytał retorycznie, jak ma być dobrze w tym kraju, kiedy widzi się takie podejście do roboty.

Trzeba jednak dodać, że trzeciego dnia, gdzieś tak około południa, na wzmiankowanym odcinku ulicy Andersa pojawili się wreszcie robotnicy i ciężki sprzęt budowlany - fot. 4. Roboty wreszcie ruszyły i zaraz pokazała się w ulicy głęboka, podłużna dziura. Jakby jednak nie było, sprawa wymagała dokładniejszego wyjaśnienia. Mniejsza już o te trzy dni ślimaczenia, gdyż ważniejsze jest to, że nowy asfaltowy dywanik kładziono na ulicy bodaj nie dalej, jak dwa lata temu tylko po to, aby go teraz zrywać? Ba, rzecz wygląda bardziej skomplikowanie. Przy opisywanej ulicy w małym baraczku działała firma „Termex”, która niegdyś ogrzewała miasto. Teraz mamy inny podmiot w tej branży, a po starym baraczku i firmie nie ma już dziś najmniejszego śladu. - Działkę chcemy wystawić na sprzedaż - informuje nas wiceburmistrz Krzysztof Kaczmarczyk. W związku z tym prowadzone są na ul. Andersa roboty ziemne, bo choć trudno w to uwierzyć, to jednak na tym odcinku nie ma ani kanalizacji burzowej, ani sanitarnej. Tymczasem gdy działka idzie na sprzedaż, musi mieć zapewniony dostęp do rzeczonych mediów. Niby wszystko się zgadza, ale jak to tak, nie pomyślano o kanalizacji, gdy kładziono nową nawierzchnię?

Miasto odpowiada, że właśnie dlatego na ul. Andersa położono tylko nalewkę asfaltową, co nie jest zbyt kosztowne, aby w przyszłości można było ją fragmentami zrywać bez narażania się na wielkie koszty. Cóż, nie przekonuje nas to do końca, bo przecież budowę kanalizacji można było poprowadzić przed wylaniem nalewki, co byłoby logiczniejsze i jeszcze tańsze.

LECZNICZE MIKSTURY

Tak oto od prac prowadzonych w leniwym tempie, poprzez zrywanie ulicznej nawierzchni dotarliśmy do nalewek. Konkretnie do nalewki asfaltowej, które to określenie użyte na szpaltach naszej gazety wprowadziło w stan irytacji jedną z Czytelniczek. - A co wy tam za głupstwa wypisujecie - zwraca nam uwagę pani Ania.

Jej zdaniem, termin „nalewka” odnosi się do określonych mikstur alkoholowych, a czegoś takiego jak nalewka asfaltowa po prostu nie ma. A tośmy złapali naszą Czytelniczkę na błędzie, bowiem wg Wielkiego Słownika Języka Polskiego nalewka to: 1. «napój alkoholowy przyrządzony sposobem domowym przez zalanie spirytusem owoców suszonych lub świeżych» 2. «wyciąg alkoholowy z surowców roślinnych, używany jako lekarstwo» - i tu uwaga - mamy odnośnik do leków galenowych stanowiących także nalewki, ale nie roślinne, bo woskowe, żywiczne i... z substancji asfaltowych. Zatem nalewki asfaltowe na spirytusie są! No tak, ale żarty na bok, bo naszej Czytelniczce chodziło o to, że termin „nalewka asfaltowa” nie pasuje do określenia tej substancji, którą pokrywa się zniszczone nawierzchnie ulic. Cóż termin ten występuje w słownictwie technicznym, m. in. o nalewkach asfaltowych możemy poczytać w wydawnictwie „Technologia warstw asfaltowych” - fot. 5. Poza tym określenie to zagościło na trwale w języku urzędowym i mediach, w których często słyszymy lub czytamy, że taka to, a taka firma wygrała przetarg na wykonanie nalewki asfaltowej na zniszczonej nawierzchni jakiejś ulicy, czy drogi.

ELEGANCKIE ZEJŚCIE

Wiadomo, że brzegi naszego jeziora nie tylko łagodnie opadają do wody, bo np. kawałek za półwyspem pną się dość wysoko w górę i tak jest już potem aż do Kamionka. No i niestety, projektant jakoś nie wziął tego faktu pod uwagę, wskutek czego dość obecnie już liczni mieszkańcy osiedla nie bardzo mogli korzystać z dobrodziejstw ścieżki pieszo-rowerowej. Próby zejścia na nią zimową lub mokrą, jesienną porą kończyły się dramatycznie, w tym zgubieniem butów w głębokim błocie, o czym zresztą pisaliśmy. Dlatego też zrodził się postulat, aby naprawić błąd projektowy i zbudować porządne wejście-zejście w Kamionku. Wójt gminy Szczytno nie pozostał obojętny i już jesienią powstał projekt, który miał być zrealizowany wiosną i tak też się stało.

Oto zejście w całej swojej krasie - fot. 6. Całość jest świeżo po robotach brukowych, więc na kostce zalega jeszcze piasek mający wypełnić dokładnie szczeliny, jeszcze nie wyrosła trawa na poboczach zejścia. Poza tym na górnej platformie, co jest kwestią najbliższych dni, zostanie postawiona latarnia, która oświetli zejście wieczorową oraz nocną porą. Co ciekawe, nieopodal mamy dodatkową niespodziankę, czyli postulowaną przez naszych Czytelników ławeczkę - fot. 7. Ów pożądany przedmiot w liczbie 20, postulowany przez naszych Czytelników, postawił w końcu Urząd Miejski.

SWAWOLNY PLAŻOWICZ

Nad plażę miejską przyjechał czy też przyszusował zupełnie nowy Pofajdok z gatunku tych metalowych - fot. 8. Postać jest spora, niewiele niższa od dorosłego człowieka. Na jednej nodze ma nartę, bodaj wodną, na drugiej wrotki, więc pozostaje w dramatycznym rozkroku, bo nie wie czy poszusować po falach jeziora, czy też popędzić po ścieżce na rolkach.

Ogólnie rzecz udana, no i jak łatwo poznać po stylu, jest to dzieło Michała Grzymysławskiego. Zaliczamy je do tej znakomitszej serii metalowych stworków, lepiej oddających ducha i naturę psotliwego Pofajdoka, niż plastikowe figurki autorki z Olsztyna. Niby niezbyt wielka rzecz, a cieszy. Chodzi bowiem o to, by krajobraz miejski był urozmaicony, i to w efektowny sposób. Tu kwiatki-rabatki, tam niesforna rzeźba i już jest na czym zawiesić oko, i już człowiek czuje się weselszy.

{/akeebasubs}