Co rok w listopadzie, tym razem po raz trzeci, mam okazję relacjonować przebieg ważnej, dziennikarskiej fety, jaką jest wręczenie dorocznej nagrody Radia ZET imienia Andrzeja Woyciechowskiego. Uroczystość zawsze odbywa się w warszawskiej Zachęcie, a stałym honorowym gościem jest Pan Prezydent Komorowski. Tym razem przybyła także Pani Prezydent Warszawy. Jadąc samochodem przez stolicę zrozumiałem dlaczego warszawiacy tak owej pani nie znoszą. To miasto jest obecnie niemal sparaliżowane komunikacyjnie. Z siedmiu mostów przez Wisłę trzy są w remoncie. Po stronie praskiej zamknięto ulice Targową i część Jagiellońskiej, czyli dwie główne arterie tej części miasta. W śródmieściu wyłączono Świętokrzyską, co paraliżuje jazdę przez centrum. Prawdziwy koszmar. Z trudem dotarłem do Zachęty na czas. I to tylko dlatego, że Warszawę znam dość dobrze. Gdybym był w tym mieście obcy, zapewne zostawiłbym samochód gdziekolwiek i dzwonił po taksówkę.
No, ale wróćmy do wspomnianej uroczystości
Nagroda imienia Andrzeja Woyciechowskiego jest wręczana tym dziennikarzom, którzy (cytuję fragment regulaminu) mają odwagę łamać stereotypy, wykraczać poza schematy i zaglądać za kulisy otaczającej nas rzeczywistości. Środowisko dziennikarskie ceni ją nadzwyczaj. W wymiarze konkretnym jest to statuetka plus 50 000 zł.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Kapituła decydująca o wyborze laureata to dziewiętnastu dziennikarzy oraz córka Andrzeja Woyciechowskiego. Dziennikarze reprezentują wszelakie opcje. Jest wśród nich Paweł Lisicki (Do Rzeczy) i Jan Piński (Uważam Rze), a także Jerzy Baczyński (Polityka) i Jarosław Kurski z Gazety Wyborczej. Tym razem nominowanych do nagrody było jedenastu twórców. Kapituła wybrała spośród nich laureata oraz dwóch wyróżnionych honorowym dyplomem. Do tych nazwisk jeszcze wrócę, ale najpierw, zgodnie z prawem i obyczajem felietonisty, kilka zdań o charakterze obyczajowo plotkarskim.
W tym roku wręczenie nagrody połączono z prezentacją nowo wydanej książki ANDRZEJ WOYCIECHOWSKI: MOJE RADIO ZET. Autorką jest niedawno zmarła Iwona Jurczenko-Topolska. Ta nasza, tutejsza Iwonka! Po śmierci Iwony redakcyjnego opracowania tekstu podjął się jej dotychczasowy literacki partner Krzysztof Dubiński. Wszyscy goście opisanego wieczoru w Zachęcie otrzymali na pamiątkę świeżutko wydany egzemplarz. Znaczącą grupę pośród gości Radia ZET stanowiła ekipa przybyła ze Szczytna na zaproszenie Krzysztofa Topolskiego - męża Iwony. Pośród nich zauważyłem aż trzy osoby parające się dziennikarstwem. Być może napiszą coś w naszej lokalnej prasie o konkursie. I zrobią to na poważnie. Zatem ja ograniczę się do plotkarskich uwag na temat gości i bankietu. Co do polityków to byli wszyscy ci, którzy związani są z Prezydentem. Pośród nich królował maluteńki wzrostem doradca Lityński. Co do wzrostu, to nie sądziłem, że znany z telewizji dziennikarz Tomasz Wołek jest równie niewysoki. Na ekranie tego nie widać. Co do Moniki Olejnik, o której już pisałem, że jest mikra, to wpadłem w podziw, obserwując jej obcasy. Na małych stópkach malutkie buciki z szpilkami wysokości co najmniej typowej puszki od piwa. Jeśli nie dłuższe. Pośród dziennikarzy wyróżniał się niechlujnym strojem Adam Michnik, ale kiedy przemówił, opisując walory jednego z pretendentów do nagrody, zrobił to błyskotliwie intelektualnie i niemal nie zacinając się. Zawsze na dorocznych spotkaniach w Zachęcie imponują mi wypowiedzi zgromadzonych tam tuzów dziennikarstwa. Na co dzień raczej rzadko mam okazję usłyszeć wypowiedzi aż tak precyzyjnie podane w treści i formie.
Po zakończeniu części oficjalnej goście spotkania przechodzą do sąsiednich sal Zachęty, gdzie przygotowano dla nich suto zastawione stoły. Nie mam pojęcia ilu jest tych gości, ale sądząc na oko myślę, że tak trochę powyżej 150 osób.
Na stołach zakąski zimne i dania gorące. Wszystko bardzo pięknie i malowniczo poukładane. Wrażenie imponujące! Przyznać atoli muszę - jako smakosz - że wszystkie te piękne zakąski w jedzeniu okazały się raczej mdłe i na jedno kopyto. Jakieś takie nie przyprawione. Wspaniale wyglądające płaty półsurowego rostbefu, a także cieniutkie plasterki marynowanej kaczej piersi okazały się zupełnie bez smaku. Podobnie gorąca pieczeń cielęca. Z tego wszystkiego ograniczyłem spożycie własne do czegoś co udawało rosyjskie bliny z kawiorem. Udawało, bo nie były to typowe bliny tylko małe omleciki (a może naleśniczki) obłożone wędzonym łososiem i białym twarogiem, a następnie dość obficie posypane oryginalnym czerwonym kawiorem. Akurat to coś miało smak godny i właściwy.
Jeśli chodzi o nagrodę imienia Andrzeja Woyciechowskiego, to otrzymał ją Mariusz Szczygieł.
Andrzej Symonowicz
{/akeebasubs}
