Choć obowiązek zakrywania nosa i ust wciąż obowiązuje, to wystarczy krótki spacer po mieście, by zauważyć, że coraz więcej osób go ignoruje. Zdaniem doktor Joanny Pawłowicz – Radosz to poważny błąd. - Nośmy maseczki dla ostrożności. Ja w swoim gabinecie nadal będę je zakładać, nawet jeśli pojawią się poluzowania tego wymogu, bo cenię zdrowie moich pacjentów – zapowiada.
Obowiązek zakrywania nosa i ust obowiązuje od 16 kwietnia. O ile w pierwszych dniach był przestrzegany dość skrupulatnie, to im więcej czasu upływa od jego wprowadzenia, tym coraz więcej osób go ignoruje. Wystarczy krótki spacer po mieście, by zauważyć, że spora część mieszkańców albo w ogóle wychodzi z domów bez maseczek, czy innych okryć twarzy, albo nosi je w sposób nieprawidłowy, np. na brodzie. Rozluźnieniu dyscypliny sprzyjają też zapowiedzi medialne z ubiegłego tygodnia o stopniowym łagodzeniu tego nakazu. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Przeciwniczką zbyt szybkiego odchodzenia od noszenia maseczek jest doktor Joanna Pawłowicz – Radosz, prowadząca prywatną praktykę lekarską w Szczytnie. - One mimo wszystko chronią nas przed zakażeniem. W Polsce zachorowalność na COVID-19 jest stosunkowo niska, co dowodzi, że wprowadzone obostrzenia jednak przyniosły skutek – przekonuje. Apeluje przy tym, aby nadal zachowywać ostrożność i stosować się do zaleceń służb sanitarnych i medycznych. Zauważa, że obowiązek zakrywania ust i nosa najczęściej ignorują młodzi ludzie. - Kiedyś zwróciłam im uwagę na ulicy, to zapytali mnie, czy widziałam tego wirusa – opowiada. Według niej taka postawa to przejaw skrajnej ignorancji. - Nośmy maseczki dla ostrożności. Ja w swoim gabinecie nadal będę je zakładać, nawet jeśli pojawią się poluzowania tego wymogu, bo cenię zdrowie moich pacjentów – zapowiada, zauważając przy tym, że koszt zakupu maseczek jest bardzo niski, w porównaniu choćby z używkami, takimi jak szkodliwe dla zdrowia papierosy czy alkohol.
(ew){/akeebasubs}
