Choć listopad powoli dobiega końca, aura jakby nieświadoma tego faktu, jak dotąd była bardzo sprzyjająca.
W ubiegłym tygodniu, mimo opadów, termometry wskazywały wysokie, jak na tę porę roku temperatury. Sprzyjało to spacerom, zwłaszcza po parku nad małym jeziorem, gdzie w najlepsze rozkwitły bratki. Gdyby nie drzewa ogołocone z liści, można byłoby sądzić, że wciąż trwa lato. Niestety, w tym zadbanym parku nie wszystko wygląda jednak pięknie. Jedna z pań, spacerując po tym zacisznym zakątku, skarżyła się w redakcji, że nad alejką biegnącą nieopodal gabionu, na którego poręczach gromadnie wysiadują mewy, pochyla się niebezpiecznie jedno z parkowych drzew. Będąc na miejscu zauważyliśmy, że może byłoby się i całkiem ono przewróciło, ale oparło się na sąsiedzie stojącym po drugiej stronie alejki. Na razie więc nie runie, ale nie znaczy to, że nie należałoby zrobić z nim porządek, bo licho nie śpi. Dodajmy jeszcze, że gałęzie przewracającego się drzewa sięgają aż na sąsiednią alejkę, utrudniając na niej ruch spacerowiczom.
GDZIE INDZIEJ PIŁY W RUCH!
Tymczasem, np. na ul. Odrodzenia poszły w ruch sekatory i piły, bo trwa przycinanie tamtejszych przyulicznych drzewek. Jak wiadomo jesień jest najlepszą porą roku na tego typu pielęgnacyjne zabiegi. Widząc to, nasi Czytelnicy pytają dlaczego podobnych działań nie ma w parku nad małym jeziorem, albo w okolicy placu targowego.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
GROŹNE GAŁĘZIE
Przy ulicy Żeromskiego (na odcinku ul. Targowa – Mała Biel), jak każdy widzi, prowadzone są prace drogowe. Powstaje tam nowy chodnik i zatoczka parkingowa, więc samochody klientów targowiska obecnie tłoczą się po przeciwnej stronie, na wewnętrznej uliczce pod prywatnymi garażami. Cóż, rośnie tam szpaler chyba jednych z ostatnich już topól w Szczytnie, które powoli dogorywają z powodu nadmiernego zaatakowania jemiołą. Właściwie z każdego drzewa zwieszają się pousychane gałęzie, które w dowolnej chwili mogą opaść na pojazdy, bądź pieszych. Stąd też postulat naszych Czytelników, aby i tu poszły w ruch sekatory i piły.
ZAPOMNIANY ZNAK?
Odnośnie przygarażowej uliczki, to jak widać na załączonym zdjęciu, u jej wlotu od strony naleśnikarni stoi znak zakazu ruchu wszelkich pojazdów (pokazuje go biała strzałka). Skoro tak, to dotyczy on także właścicieli garaży, co jest bez sensu.
W dodatku ów znak zainstalowany został tak nisko, że trudno go w w ogóle dostrzec. Ale to nie wszystkie paradoksy. Rzecz bowiem jeszcze w tym, że drugi wjazd w uliczkę (od strony ul. Linki) nie jest opatrzony jakimkolwiek ograniczeniem, więc z tego kierunku pod garaże wjeżdżać może każdy.
Z tego co pamiętamy wynika, że wspomniany znak pochodzi z czasów, gdy miasto przebudowywało w tym miejscu instalację burzową. Działo się to wtedy, gdy nawet po małych deszczach u wylotu ul. Targowej tworzyła się wielka kałuża. Po wykonaniu prac znak wraz z barierką zepchnięto na bok i tak to już pozostało.
TAM I Z POWROTEM, CZYLI DZIWACZNE OZNAKOWANIE

Za obszarem miejskim, już na terenach gminnych, jak wiadomo, znajduje się Specjalna Strefa Ekonomiczna. W związku z tym po ul. Gnieźnieńskiej porusza się dużo pojazdów, nie tylko tiry, ale i osobowe należące do pracowników strefy. Jeden z nich, pan Mateusz podzielił się z nami zastanawiającą obserwacją. Za skrzyżowaniem wspomnianej Gnieźnieńskiej z ul. Osiedleńczą stoi znak ograniczający prędkość do 40 km/godz. Przy okazji dodajmy, że tak naprawdę, to nie można tędy jechać szybciej, bo nie pozwala na to fatalna nawierzchnia. W dodatku jezdnia jest tak wąska, że dwa duże tiry z trudem się na niej mijają i wówczas muszą poruszać się całkiem powoli.
Jak by jednak nie było, to kiedy powraca się ze strefy, to na tym samym odcinku spotyka się również znak ograniczenia prędkości, tyle że... do 10 km/godz.
Czyli jak, po jednym pasie jezdni można jechać szybciej, a po przeciwnym już znacznie wolniej?
ZAŚMIECONE KRZAKI I WYLĘGARNIA KLESZCZY
Między marketem spożywczym, który nie tak dawno wyrósł przy ul. Solidarności, a blokami wojskowymi stojącymi przy ul. Boh. Września rozciąga się rozległa działka porośnięta gęstymi chaszczami. Między nimi widać wydeptane ścieżki na skróty, m. in. do Szkoły Podstawowej nr 6. Oprócz tego pośród krzaków wala się ogrom nieczystości, wśród których dominują butelki po wiadomych napojach. Powracając zaś do ścieżek, to na kolejnym zdjęciu widać właśnie dzieci powracające ze szkoły. Jak nam mówi jeden z rodziców, podczas takiego przemarszu, jego pociechy przyniosły do domu … kleszcze. Teraz nasz rozmówca boi się, by dzieci nie zapadły na jakąś odkleszczową chorobę. Opisywana działka znajduje się w rękach prywatnych, no i od lat nic na niej się nie dzieje. Jaką z kolei ma moc miasto wobec właścicieli prywatnych parceli, możemy łatwo się przekonać, oglądając np. dziurę po byłym kinie „Jurand”, czy nadjeziorną działkę, na której miał wyrosnąć hotel.
DOBRY POCZĄTEK DALEJ KATASTROFA

Jest w Szczytnie uliczka, z pozoru podobna do innych w mieście. Jej wlot od strony ul. Konopnickiej wygląda nawet zachęcająco – mamy tu zatoczkę parkingową i asfaltową nawierzchnię. Cóż jednak z tego, kiedy za bitumicznym dywanikiem zaczyna się istny koszmar. W nawierzchni wykonanej z sześciokątnych płytek zieje dziura obok dziury, a w dodatku całość jest mocno pofalowana, wskutek czego jazda po takiej drodze staje się wyjątkowym utrapieniem. Jakby tego było mało, to prawdziwa pułapka czeka na kierowcę przy wjeździe do siedziby powiatowego lekarza weterynarii. Tam trylinka całkiem się zapadła i powstała dziura na pół metra głęboka. Za komentarz niechaj posłuży wypowiedź jednego z przejeżdżających tędy codziennie kierowców: - Jeśli ktoś uważa, że pod jego domem biegnie ulica o marnej nawierzchni, niech uda się na Korczaka i popatrzy co tu się dzieje.{/akeebasubs}
