Jest niedziela. Wyborcza niedziela. Słowo wyborcza powinienem ująć w cudzysłów. Od kilku co najmniej dni otacza mnie bezustanny jazgot telewizyjny.
Monotematyczny, wszechstronnie załgany, niekiedy bezczelny. Czyli po prostu polityczny! Polityków nie cenię, zatem korzystając z pogody przesiaduję większość czasu w ogrodzie. W ciszy. Ten felieton piszę pod jabłonką. Już kwitnie. O czym tu napisać, skoro jedynym moim chwilowym ideałem i pragnieniem jest właśnie cisza. No chyba, że o niej. Zatem wspomnijmy dawne, nieme kino. Nikt tam nie gadał, a ileż radości dostarczało ono niegdyś ludziom.
Pominę w moim felietonie kino romantyczne i jego słynne gwiazdy, jak Pola Negri, czy Rudolf Valentino. Niewiele miałbym do powiedzenia. Co innego komedie z tamtych lat. Wszystko, co tylko można było obejrzeć w powojennej Polsce obejrzałem. Od maleńkości uwielbiałem groteskowo burleskowy humor. Zatem napiszę kilka słów o największych, światowych indywidualnościach, czyli Charliem Chaplinie, Busterze Keatonie oraz Haroldzie Lloydzie. Także o nieco późniejszych, słynnych parach komików, to jest Pacie i Patachonie oraz Flipie i Flapie.
Największym pośród nich artystą był Charlie Chaplin.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Amerykański Film Institute umieścił Charliego Chaplina na dziesiątym miejscu listy największych aktorów wszechczasów.
Natomiast miejscem 21. wyróżniono Bustera Keatona. Keaton, zwany człowiekiem o kamiennej twarzy, nakręcił swój pierwszy film w roku 1917. Wyróżniało go szczególne poczucie groteskowego humoru. Było ono znacznie bardziej subtelne niż innych artystów epoki. Oczywiście poza Chaplinem. Keaton został także uhonorowany nagrodą Oscara w roku 1959. Za całokształt. Zmarł w roku 1966, ale jeszcze przed wojną rozpoczął poważne i długotrwałe leczenie psychiatryczne. Buster Keaton - w przeciwieństwie do Charliego Chaplina, który swój ostatni film, już dźwiękowy, „Hrabina z Hongkongu”, nakręcił w roku 1967, pozostał zapamiętany wyłącznie jako król kina niemego.
Trzecim mistrzem niemej, filmowej komedii był Harold Lloyd. Nakręcił około 200 filmów. Pierwszy w roku 1912. On także zdobył Oscara. Grał zawsze postać niezgułowatego okularnika, co to nie wiadomo, jakim cudem wciąż daje sobie radę z przeciwnościami losu. Warto dodać, że wbrew wyglądowi, był on bardzo wysportowanym facetem i nigdy nie korzystał z dublerów, ani zabezpieczeń. Nawet w słynnej scenie z filmu „Jeszcze wyżej”, gdzie wisi na wysokiej wieży trzymając się wskazówek ogromnego zegara. Co prawda na planie filmowym nie była to prawdziwa, wysoka wieża, ale ponoć stosowna dekoracja, to i tak miała około trzech pięter. Harold Lloyd występował także w późniejszych czasach, w wielu filmach dźwiękowych.
Po tych indywidualnych mistrzach, na początku lat dwudziestych, przyszedł czas na pary komików. Pierwszymi byli duńscy artyści nazwani Pat i Patachon. Pat to był bardzo wysoki i chudy wąsal, a Patachon przeciwnie. Malutki, kluchowaty i łysy. Swoje filmy kręcili głównie w Niemczech. Do wybuchu wojny zrealizowali 55 dwudziestominutowych żartów filmowych. Widziałem kilka z nich. Oni byli naprawdę dobrzy aktorsko.
Znacznie gorzej oceniam nieco późniejszy duet, czyli dość znany w Polsce tandem Flip i Flap. Tak nazywano ich w naszym kraju. Gdzie indziej nadawano aktorom różne imiona. Flip i Flap także korzystali z fizycznego kontrastu postaci, ale ich „figle” oraz umiejętności stricte aktorskie zawsze mnie trochę raziły i rażą nadal. Prostactwem.
Na zakończenie kilka ciekawostek. Zaraz po wojnie, w roku 1948, zaczęto w Polsce, w Łodzi, wydawać kolejne numery wierszowanego komiksu „Wicek i Wacek, czyli ucieszne przygody dwóch wisusów w czasie okupacji”. Autor rysunków, Wacław Drozdowski, swoich bohaterów narysował jako karykatury Pata i Patachona. Karykatury naprawdę znakomite. Komiks cieszył się wielkim powodzeniem. Przypomnę także polski, telewizyjny duet z gatunku duży i mały, czyli Jana Kobuszewskiego oraz Jana Kociniaka w programie „Wielokropek”. Pracowali oni według zasad ustalonych przez wymienionych wcześniej klasyków gatunków. Tyle że z piosenkami i gadaniną. Aktorzy byli, oczywiście, znakomici, ale te teksty Witolda Fillera...
Wystarczy. Ogólnie jestem za ciszą i dzisiejszy temat uważam za wyczerpany.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
