Jest niedziela. Wyborcza niedziela. Słowo wyborcza powinienem ująć w cudzysłów. Od kilku co najmniej dni otacza mnie bezustanny jazgot telewizyjny.

Monotematyczny, wszechstronnie załgany, niekiedy bezczelny. Czyli po prostu polityczny! Polityków nie cenię, zatem korzystając z pogody przesiaduję większość czasu w ogrodzie. W ciszy. Ten felieton piszę pod jabłonką. Już kwitnie. O czym tu napisać, skoro jedynym moim chwilowym ideałem i pragnieniem jest właśnie cisza. No chyba, że o niej. Zatem wspomnijmy dawne, nieme kino. Nikt tam nie gadał, a ileż radości dostarczało ono niegdyś ludziom.

Pominę w moim felietonie kino romantyczne i jego słynne gwiazdy, jak Pola Negri, czy Rudolf Valentino. Niewiele miałbym do powiedzenia. Co innego komedie z tamtych lat. Wszystko, co tylko można było obejrzeć w powojennej Polsce obejrzałem. Od maleńkości uwielbiałem groteskowo burleskowy humor. Zatem napiszę kilka słów o największych, światowych indywidualnościach, czyli Charliem Chaplinie, Busterze Keatonie oraz Haroldzie Lloydzie. Także o nieco późniejszych, słynnych parach komików, to jest Pacie i Patachonie oraz Flipie i Flapie.

Największym pośród nich artystą był Charlie Chaplin.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Brytyjczyk urodzony w Londynie. Laureat aż trzech Oscarów. Swój pierwszy film nakręcił w roku 1913. Nie będę opisywał jego ról, bo zapewne większość czytelników pamięta przynajmniej niektóre z nich. Chaplin kochał żart niemy i jakoś nigdy nie miał szacunku dla powstającego na jego oczach kina dźwiękowego. Od roku 1927 zaczęto już kręcić filmy z głosem, tymczasem Charlie Chaplin, w roku 1931, nakręcił swój pełnometrażowy film niemy „Światła wielkiego miasta”. I odniósł ogromny sukces! Co do wielkości aktorstwa Charliego Chaplina, to mam jednak pewne zastrzeżenia. Bowiem w roku 1915, w okresie rozkwitu swej sławy, wziął on udział w zorganizowanym w San Francisco konkursie na sobowtóra samego siebie. Nikt z organizatorów o tym nie wiedział. Chaplin zjawił się w swoim oryginalnym filmowym kostiumie. Zagrał, co miał zagrać i zajął ...któreś tam, dość dalekie miejsce! Wielka to była kompromitacja dla jurorów. Co do mnie, to podejrzewam, że widocznie był jednak zbyt kiepskim artystą, aby zagrać tak trudną postać jak on sam.

Amerykański Film Institute umieścił Charliego Chaplina na dziesiątym miejscu listy największych aktorów wszechczasów.

Natomiast miejscem 21. wyróżniono Bustera Keatona. Keaton, zwany człowiekiem o kamiennej twarzy, nakręcił swój pierwszy film w roku 1917. Wyróżniało go szczególne poczucie groteskowego humoru. Było ono znacznie bardziej subtelne niż innych artystów epoki. Oczywiście poza Chaplinem. Keaton został także uhonorowany nagrodą Oscara w roku 1959. Za całokształt. Zmarł w roku 1966, ale jeszcze przed wojną rozpoczął poważne i długotrwałe leczenie psychiatryczne. Buster Keaton - w przeciwieństwie do Charliego Chaplina, który swój ostatni film, już dźwiękowy, „Hrabina z Hongkongu”, nakręcił w roku 1967, pozostał zapamiętany wyłącznie jako król kina niemego.

Trzecim mistrzem niemej, filmowej komedii był Harold Lloyd. Nakręcił około 200 filmów. Pierwszy w roku 1912. On także zdobył Oscara. Grał zawsze postać niezgułowatego okularnika, co to nie wiadomo, jakim cudem wciąż daje sobie radę z przeciwnościami losu. Warto dodać, że wbrew wyglądowi, był on bardzo wysportowanym facetem i nigdy nie korzystał z dublerów, ani zabezpieczeń. Nawet w słynnej scenie z filmu „Jeszcze wyżej”, gdzie wisi na wysokiej wieży trzymając się wskazówek ogromnego zegara. Co prawda na planie filmowym nie była to prawdziwa, wysoka wieża, ale ponoć stosowna dekoracja, to i tak miała około trzech pięter. Harold Lloyd występował także w późniejszych czasach, w wielu filmach dźwiękowych.

Po tych indywidualnych mistrzach, na początku lat dwudziestych, przyszedł czas na pary komików. Pierwszymi byli duńscy artyści nazwani Pat i Patachon. Pat to był bardzo wysoki i chudy wąsal, a Patachon przeciwnie. Malutki, kluchowaty i łysy. Swoje filmy kręcili głównie w Niemczech. Do wybuchu wojny zrealizowali 55 dwudziestominutowych żartów filmowych. Widziałem kilka z nich. Oni byli naprawdę dobrzy aktorsko.

Znacznie gorzej oceniam nieco późniejszy duet, czyli dość znany w Polsce tandem Flip i Flap. Tak nazywano ich w naszym kraju. Gdzie indziej nadawano aktorom różne imiona. Flip i Flap także korzystali z fizycznego kontrastu postaci, ale ich „figle” oraz umiejętności stricte aktorskie zawsze mnie trochę raziły i rażą nadal. Prostactwem.

Na zakończenie kilka ciekawostek. Zaraz po wojnie, w roku 1948, zaczęto w Polsce, w Łodzi, wydawać kolejne numery wierszowanego komiksu „Wicek i Wacek, czyli ucieszne przygody dwóch wisusów w czasie okupacji”. Autor rysunków, Wacław Drozdowski, swoich bohaterów narysował jako karykatury Pata i Patachona. Karykatury naprawdę znakomite. Komiks cieszył się wielkim powodzeniem. Przypomnę także polski, telewizyjny duet z gatunku duży i mały, czyli Jana Kobuszewskiego oraz Jana Kociniaka w programie „Wielokropek”. Pracowali oni według zasad ustalonych przez wymienionych wcześniej klasyków gatunków. Tyle że z piosenkami i gadaniną. Aktorzy byli, oczywiście, znakomici, ale te teksty Witolda Fillera...

Wystarczy. Ogólnie jestem za ciszą i dzisiejszy temat uważam za wyczerpany.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}