Dzisiaj odrobina ogólnowarszawskich wspomnień sprzed lat. W końcu w Warszawie spędziłem prawie sześćdziesiąt lat mojego życia. Początkowo z rodzicami - w dwóch kolejnych mieszkaniach; w samym centrum miasta, a następnie na dolnym Mokotowie. Dużo, dużo później już w mieszkaniu własnym, spółdzielczym M3, na warszawskiej Ochocie. W okresie przejściowym wynajmowałem pięć kolejnych lokali, a każdy w innej dzielnicy. Zaliczyłem nawet Pragę i to w punkcie uważanym w tamtych latach za najniebezpieczniejsze miejsce wielkiego miasta.
Jako pacholę mieszkałem w latach 1950-1959 przy ulicy Nowy Świat. Z naszego ówczesnego mieszkania do skrzyżowania Nowego Światu z Alejami Jerozolimskimi jest bardzo blisko. A było to magiczne miejsce dla małego dzieciaka, ponieważ latem stał tam wózek z lodami. Lodami wyjątkowymi, bo chłodzonymi w kostkach mrożonego dwutlenku węgla, czyli w tak zwanym suchym lodzie. Kostki owego lodu przymarzały boleśnie do dłoni (minus 80 stopni), a jeśli przycisnęło się do takiej bryłki drobną monetę, to rozlegał się przedziwny pisk. Było to tajemnicze i baśniowe. Oj, ciągnęło mnie w to miejsce, ciągnęło.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
W roku 1961 proste skrzyżowanie Nowego Światu i Alej Jerozolimskich zmieniono w rondo. Nie wiadomo dlaczego owo rondo, w miejscu szerokiego chodnika przed popularnym Empikiem, stało się miejscem młodzieżowych spotkań moich rówieśników z wszelakich warszawskich liceów. Taki miejscowy, młodzieżowy Hyde Park.
W swojej książce Gienka Frajera życie jak Rock and Roll Eugeniusz Halski, czyli właśnie Gienek Frajer tak opisuje zapamiętane młodzieżowe spotkania przed słynnym Empikiem:
Wyróżnia się zadziornością młody chłopak robiący właśnie maturę. Jest bardzo sprawny fizycznie, chyba nie gorszy ode mnie. Ma na imię Daniel i za kilka lat zrobi fantastyczną karierę aktorską
Mowa oczywiście o Danielu Olbrychskim. A kim był (zmarł kilka lat temu) autor owego fragmentu, czyli Gienek Frajer? Ci, którzy mieli cokolwiek do czynienia z warszawskim życiem studenckim lat sześćdziesiątych nie mogą Gienka nie pamiętać. Frajer to było jego rodowe nazwisko. Później zmienił je na Halski. Od 1962 roku, przez długie lata był Gienek szefem bramkarzy (czyli ochrony) studenckiego klubu Stodoła. Kilka lat temu pisałem o nim w Kurku, zatem dzisiaj tylko kilka słów dla przypomnienia.
Fanatyczny sportowiec. Piłkarz, narciarz, lubił także skakać z wieży do basenu. W klubie popisywał się chodzeniem na rękach po balustradzie stodolanych schodów. Mimo że nie trenował żadnego ze sportów walki, był absolutnie niezwyciężony w bójkach, nawet w starciach z wyczynowcami judo, czy karate. Przy tym fantastyczna osobowość. Nieograniczona fantazja, luzactwo i poczucie humoru. To, że napisał o fizycznej sprawności Daniela Olbrychskiego chyba nie gorszy ode mnie jest dla Daniela komplementem najwyższej rangi.
Ciąg ulic, do których należy moja dziecięca ulica Nowy Świat określa się traktem królewskim. To dlatego, że prowadzi on od królewskiego pałacu w Wilanowie do zamku na Starówce (albo raczej odwrotnie). Ze starym miastem także łączy mnie wiele młodzieńczych wspomnień.
Tamże, przy ulicy Długiej mieści się dawna PWST, dzisiaj Akademia Teatralna. To tam w latach sześćdziesiątych walki na białą broń nauczał przyszłych aktorów sam Krzysztof Kowalewski, czyli późniejszy filmowy Zagłoba. Nie studiowałem na Akademii, ale z racji prywatnych koneksji z niektórymi szkolnymi profesorami uczestniczyłem w wybranych zajęciach. Zwłaszcza szermierka była mi bliska, ponieważ fechtunek uprawiałem wówczas sportowo. Zdarzało się, że po zajęciach wyskakiwaliśmy z Krzysiem Kowalewskim na jedno, no może dwa piwa do pobliskiej restauracji Honoratka.
Na zakończenie ciekawostka. Przed Krzysztofem Kowalewskim, na początku lat sześćdziesiątych, zajęcia szermiercze i inne związane z aktorską imitacją walki prowadził w szkole teatralnej Mieczysław Kalenik, czyli pamiętny filmowy Zbyszko z Bogdańca. Jakoś tak się porobiło w PWST, że jak aktorska szermierka, to zaraz sienkiewiczowskie postacie. Ale co do pana Michała Wołodyjowskiego, to jego filmowy odtwórca, czyli słynny Tadeusz Łomnicki nie musiał w szkole uczyć władania szablą. W tamtych latach (przełom 60. i 70.) był i tak autorytetem najwyższej rangi we wszelkich umiejętnościach niezbędnych aktorowi, bowiem piastował wówczas godność Jego Magnificencji Rektora owej warszawskiej uczelni.
Tak czy inaczej Henryk Sienkiewicz (nasz jurandowski) górą!
Andrzej Symonowicz
{/akeebasubs}
