Jako motto przytoczę króciutki fragment dialogu z dramatu Stanisława Wyspiańskiego „Wesele”. Panna młoda, nie rozumiejąc tematu rozmowy, tłumaczy się: „jo myślała, że co inne”, a wówczas ksiądz dopowiada: „naiwne to i niewinne”.
Przypominałem sobie ten cytat co najmniej kilka razy odkąd, jak co roku latem, „rezyduję” na wieży widokowej Szczytna. Tym razem okres urlopowy zdominowała pandemia, co oznacza całkiem inny niż dotychczas ruch turystyczny. Zacznę od tego, że chociaż już ponad miesiąc goszczę zwiedzających, to jak dotychczas nie odwiedził mnie żaden obcokrajowiec. A przecież w poprzednich latach nie było dnia, abym nie musiał, zresztą z niejakim trudem, usiłować rozmawiać, w obcych językach. Z Niemcami, Holendrami, czy Hiszpanami. To wcale nie oznacza, że zwiedzających jest mniej. Narodu przychodzi co niemiara, ale jest to zupełnie inne środowisko niż w latach poprzednich. Przede wszystkim odwiedzają wieżę wieloosobowe grupy rodzinne. Najczęściej czwórka dorosłych i co najmniej tyle dzieci. Zapewne kwaterują wspólnie gdzieś w okolicy. Nie są to mieszkańcy wielkich miast. Raczej małych i średnich miasteczek, które nie są turystycznie atrakcyjne. Myślę, że to ci sami turyści, którzy w poprzednich latach korzystali z niedrogich stosunkowo wakacji zagranicznych. Zwłaszcza tych z hotelami specjalnie dla nich przygotowanymi, czyli z polską kuchnią i polskim tłumaczem. W tym roku wybrali znacznie bezpieczniejsze Mazury.
Skąd motto mojego felietonu? Wyjaśniam. Większość tegorocznych turystów, to ludzie, którzy przyjechali tu dla pełnego relaksu, czyli nad wodę, aby poplażować i zażyć słońca. Tak jak w hotelowych enklawach nadmorskich kurortów w ciepłych krajach Europy. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Na najniższej kondygnacji wieży znajduje się ekspozycja płaskorzeźb, wykonanych w roku 1951, pozostałych po zburzonym kinie „Jurand”. Są to wspaniałe postacie rycerzy, odlane w betonie. Kilkakrotnie pytali mnie zwiedzający, czy są to rzeźby pozostałe po krzyżackim zamku. Mimo iż gołym okiem widać, że to betonowe skorupy, z których wystają zbrojeniowe, montażowe pręty. Najczęstszym nieporozumieniem jest przekonanie turystów, że oto znajdują się na zamkowej wieży. Zapewne tej, w której wredni krzyżacy więzili Danuśkę. Wyjaśnienie, że obiekt, w którym obecnie znajdują się nie ma nic wspólnego z zamkiem, a jest ratuszem zbudowanym w roku 1936 (czyli za rządów Hitlera) jest dla nich dużym szokiem. Pokazuję zwiedzającym, przez okno, ruiny prawdziwego zamku i dostrzegam, jakże czują się rozczarowani. Najbardziej rozbawiają mnie pytania o dzwony. Niegdyś pewien starszy pan spytał mnie, czy mógłby zobaczyć to pomieszczenie na dole, gdzie dzwonnik pociąga za liny. Z trudem wytłumaczyłem mu, że w dzwony uderzają zewnętrzne młotki, które doskonale widać. Działają na zasadzie elektromagnesów. Inny zacny ojciec rodziny, świadom, że młoty są poruszane elektrycznie, spytał mnie, jak one funkcjonowały, kiedy wieża była jeszcze krzyżacka. Przecież wówczas nie znano elektryczności. „Naiwne to i niewinne”.
Swoją drogą łatwo spostrzec, że wiedza na temat szczycieńskiego zamku, a także krzyżackiej przeszłości miasta opiera się całkowicie na powieści Henryka Sienkiewicza. Fikcja stała się historyczną prawdą. Ileż to razy byłem ja pytany o Juranda ze Spychowa i jego gród. Wyjaśnienia, że jest to przecież postać fikcyjna, a miejscowość Spychowo, to nowy, turystyczny twór, na który zamieniono miejscowość Pupy, na ogół nie do końca przekonują moich rozmówców. Wielka jest siła prawdy ekranu, bowiem śmiem twierdzić, że wiedza moich gości nie wynika z przeczytania powieści, tylko obejrzenia powszechnie znanego filmu. Taki film traktowany jest jak reportaż. To samo zresztą dotyczy współczesnych seriali telewizyjnych, gdzie bohaterów, kreowanych przez aktorów, uważa się za autentyczne postacie. O święta naiwności!
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
