Zastrzegłem w tytule, że militarny temat potraktuję po amatorsku, bowiem żadnej specjalistycznej wiedzy na temat armii nie posiadam. Atoli jak każdy normalny człowiek to czy tamto zauważam. Bywa, że boki zrywam ze śmiechu, co odnośnie wojskowości jest oczywistą oczywistością, co najmniej od czasów Szwejka.
Bywa, że porażają mnie niektóre informacje. Nie tylko porażają, ale i przerażają jako obywatela, którego bezpieczeństwo zależy od sprawności armii jego państwa. Sprawności technicznej, ale także intelektualnej. Na podstawie przekazów medialnych, zwłaszcza telewizyjnych, i to niezależnie od „wyznania” stacji, dochodzę do wniosku, że z jedną i drugą sprawnością nie jest dobrze. Zwłaszcza z tą drugą. Bo też, jakie wnioski mogłem wysnuć wysłuchując nieustannych bzdur i kłamstw, jakimi był łaskaw uraczać nas, dość regularnie, poprzedni minister od spraw wojny?
Dzisiaj niby coś się zmieniło. Trochę zatem powymądrzam się w tej sprawie, bowiem prawem felietonisty jest pomarudzić, w miarę swoich intelektualnych możliwości, na każdy ogólnoludzki temat.
Oto mieliśmy wojskowe święto, a w związku z tym pompatyczną defiladę. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Święto minęło, a codzienna rzeczywistość ponownie zaskakuje i budzi grozę. Oto dzisiaj usłyszałem, że Pan Prezydent poleciał do Australii, razem z aktualnym ministrem obrony i pokaźną świtą, podpisać umowę o zakupie trzydziestoletnich fregat bojowych. Właściwie pół wraków. Osobiście słyszałem w telewizorze, jak prezydencki minister określił ową transakcję, jako element współpracy polsko-australijskiej w sprawie modernizacji polskiej marynarki. Niebywale bałamutne sformułowanie, skoro sprzęt, co prawda nieliczny, jaki posiada nasza marynarka jest na ogół młodszy od oferowanego złomu. I oto, tuż po wylocie ekipy Pana Prezydenta, Pan Premier wstrzymał zakup owych morskich jednostek. To kto tu rządzi?! Pytanie, oczywiście, retoryczne. Ciekaw jestem ile kosztuje wieloosobowa wycieczka grupy trzymającej władzę do Australii? Czy aby my, podatnicy, nie opłacamy jakiegoś utajnionego, rządowego biura podróży?
Wróćmy do armii, jako takiej. Za moich czasów była to obowiązkowa służba poborowa, dzisiaj mamy zawodowców. Ale, czy coś się w mentalności wojskowej kadry zmieniło? Być może trochę tak. Przed laty miałem okazję poznać dowódcę miejscowej jednostki wojskowej w Lipowcu Staszka Czeszejkę, chyba wówczas majora. Zaprzyjaźniliśmy się. Przyznam, że wtedy po raz pierwszy spotkałem oficera armii polskiej o imponującej inteligencji, oczytaniu i erudycji. Znającym obce języki (angielski i niemiecki), że już nie wspomnę o eleganckiej prezencji. Mężczyznę szczupłego, wysokiego i wysportowanego. Także, jak mówiły zaprzyjaźnione kobiety, przystojnego. Było to kilkanaście lat temu. Dzisiaj Zbyszek pełni bardzo ważne funkcje w Warszawie. Nie znam zbyt wielu oficerów, ale mam nadzieję, że współczesna kadra wojskowa, to ludzie tego właśnie pokroju, a nie tacy, jakich pamiętam z moich lat sześćdziesiątych. Zakładam, że mimo niezrozumiałych czystek, z których zasłynął były minister (był niegdyś, w latach pięćdziesiątych taki wierszyk dla dzieci, autorstwa Samuela Marszaka „Mister-Twister były minister” - twister, to krętacz) pozostało jeszcze w polskiej armii co najmniej kilku oficerów intelektualnie sprawnych i myślących samodzielnie. Mam nadzieję, że jest ich więcej niż owych składanych mostów saperskich.
Na zakończenie żart, jaki ostatnio usłyszałem. Oczywiście żart typowo wojskowy:
Do czego służy armia?
Do mszy.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
