Dość często czytelnicy zaprzyjaźnieni ze mną osobiście „dręczą mnie”, abym od czasu do czasu skomentował polskie życie polityczne. Co ciekawe, dotyczy to zarówno tych czytelników, którzy sprzyjają rządom PiS, jak i tych, co to wprost przeciwnie. Temu akurat nie dziwię się, bo co do moich poglądów, to nie opowiadam się za żadną z partii.

Obok polityki
Rok 1975 Hawana, otwarcie ekspozycji. Zagraniczny, wystawienniczy debiut autora felietonu (w ciemnej marynarce)

Dokładniej rzecz ujmując nigdy nie opowiadałem się za żadną polityczną opcją. Zawsze byłem i jestem przeciwny każdej. Ktoś mądry, niestety nie pamiętam kto, powiedział: ludzie dzielą się na dwie kategorie: - na tych, którzy myślą, że rząd działa dla ich dobra i na tych, którzy myślą. Też tak uważam. Cynicznie dodam od siebie, że właściwie jest mi zupełnie wszystko jedno, kto mnie okrada, skoro jest to nieuniknione. Zawsze uważałem mentalność rasowego polityka za najbliższą właścicielowi stada krów. Bydełko należy nakarmić i oczywiście zadbać o nie pod każdym innym względem. Wyłącznie po to, aby później można było je wydoić. Ale z tą dbałością nie należy bynajmniej przesadzać. Wystarczy jej tylko tyle, aby zysk możliwie solidny sobie zapewnić. Ani trochę więcej, bo im - temu bydełku - może się we łbach poprzewraca.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

W dawnych czasach, czyli tych peerelowskich, będąc studentem Politechniki Warszawskiej nie należałem do żadnego ZMS, czy SZSP (Socjalistyczny Związek Studentów Polskich - nie mylić z ZSP, czyli studenckim związkiem bez słowa „socjalistyczny”). Później, w życiu dorosłym, nie zapisałem się do przewodniej PZPR. Do dziś wydaje mi się to całkiem normalne i oczywiste. W końcu nie ja jeden tak miałem. Całe liczne grono moich przyjaciół znakomicie prosperowało zawodowo z daleka od przewodniej siły narodu. No chyba, że komuś szczególnie zależało na nomenklaturowym, dyrektorskim stanowisku. Tylko że na cholerę dyrektorska funkcja przyzwoitemu i cenionemu fachowcowi. W moim akurat wypadku projektantowi - architektowi.

Dlaczego napisałem tych kilka historycznych uwag? Otóż dość niedawno w Szczytnie, na oficjalnym przyjęciu świątecznym, w jednej z miejscowych restauracji, podszedł do mnie sympatyczny, starszy pan, czyli w moim wieku. Nikt ze znajomych. Pan ów przedstawił się. Także jako stały czytelnik moich felietonów. Powiedział, że czyta je z wielką przyjemnością, ale od lat dręczy go pewna podejrzliwość. Otóż z jego doświadczeń wynika, że jeśli w latach siedemdziesiątych pół świata zwiedziłem z paszportem służbowym w kieszeni, to jakimże ja superkomuchem musiałem być wówczas?! Wciąż nie potrafi on tego podejrzenia pogodzić z atmosferą moich tekstów.

A to mi zadał klina! Porozmawialiśmy sobie dość długo. Wyjaśniłem jak to się zaczęło. Najpierw trochę szczęścia. Gdzie tam trochę?! Dużo! Mając 29 lat współpracowałem z bardzo znanym, wielokrotnie nagradzanym, 44-letnim plastykiem. To jemu powierzono zaprojektowanie i realizację prestiżowej, polskiej wystawy „Poland Today” w Chicago, a on wziął mnie ze sobą, jako swoją prawą rękę. Był to mój pierwszy wyjazd w zachodni świat (rok 1974). Ale w Ameryce ów słynny artysta, podczas realizacji zamierzenia, okazał się całkowicie bezużytecznym alkoholikiem i po dziesięciu dniach odesłano go, mało przytomnego, do kraju. Nie było czasu na przysłanie zastępcy. Zatem ja, niedoświadczony chłopczyk, przez półtora miesiąca sam kierowałem ekipą wykonawców wystawy trzydziestolecia PRL. Z powodzeniem. Nie wiem jakim cudem, ale sprawdziłem się. Po powrocie do kraju poinformowano mnie, że podobną wystawę przewiduje się w Hawanie, na Kubie. Bez namysłu stosowni towarzysze postawili na mnie. Zaprojektowałem co trzeba i poleciałem na Kubę. No, a późniejsze lata, to już było z górki. Uważano mnie za pewniaka i wszyscy partyjni prominenci, którzy z reguły stanowili trzon delegacji wysyłanej na otwarcie zagranicznej ekspozycji, wiedzieli, że jeśli autorem wystawy jest Symonowicz, to mogą bezpiecznie jechać, bo nie będzie żadnej nawalanki i nikt ich później na górze nie opier...li. I tak przepracowałem w międzynarodowym wystawiennictwie dwanaście lat, jako projektant, nie należąc do partii i nigdy nie będąc nagabywany przez żadne służby specjalne. Może i trudno w to uwierzyć, ale tak właśnie było. W moim paszporcie służbowym widniało aż 16 pieczątek wizowych różnych zachodnich krajów, kiedy to, z powodu ciężkiego wypadku (rok 1987), musiałem zrezygnować z latania po świecie. Paszport oddałem, a do żadnej partii nadal nie należę.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}