Do podjęcia dzisiejszego tematu sprowokowało mnie pytanie, jakie kilka dni temu zadał mi zaprzyjaźniony pracownik szczycieńskiego ratusza.
Otóż, ni stąd ni zowąd, zwrócił się on do mnie z takim oto wyimaginowanym problemem: „Panie Andrzeju, gdybym miał okazję odwiedzić pana w domu, to czy powinienem, po wejściu do przedpokoju, zdjąć buty? Bo tak to się jakoś ogólnie u nas przyjęło, ale też niekoniecznie wszędzie. Co pan o tym zwyczaju sądzi?”. Oczywiście odruchowo odpowiedziałem, że „w życiu! - żadnego zdejmowania butów!”, ale też zaraz ogarnęły mnie pewne przemyślenia na temat różnic obyczajowych, wynikających z mieszkania w wielkim mieście, w miasteczkach mniejszych i na wsi. Ja całe swoje życie, a urodziłem się tuż po wojnie, spędziłem w Warszawie, gdzie zresztą, w okresie przedwojennym, mieszkał mój ojciec (czyli warszawiakiem jestem prawdziwym). Rodziców odwiedzali liczni znajomi. Później, kiedy dorosłem, mnie również. Natomiast nie przypominam sobie, aby ktokolwiek z nich zdejmował obuwie. Wydawałoby się to czymś żenującym. Oczywiście podczas jesiennej, czy zimowej słoty kładziono na podłodze, koło wieszaka na zewnętrzne ubrania, eleganckie flanelowe szmaty i na tych to podkładkach przybysz z zewnątrz szusował po drewnianym parkiecie, nie nanosząc błocka. No, ale to tylko podczas słoty. W normalne, pogodne dni wystarczyło użyć wycieraczki przed wejściem.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Prawdziwą wieś zobaczyłem po raz pierwszy jako dorosły człowiek. Kupiłem drewnianą, kurpiowską chatę nad Pisą i tam spędzałem kolejne letnie, a także niektóre zimowe miesiące. Parkietów w domku nie było. Tylko dechy i plecione chodniczki. A dookoła chatki, głównie igliwie i błoto. Toteż buty trzeba było zdejmować już na ganku. Że tak powiem - po warszawsku - musowo. I tak sobie myślę, odpowiadając na pytanie mojego rozmówcy, że to, iż w Szczytnie, w niektórych mieszkaniach obowiązuje nakaz zdejmowania obuwia, a w innych nie, zależy od tego skąd pochodzą ich mieszkańcy i do czego są przyzwyczajeni Ot, takie regionalne odmienności.
Przy okazji tematu zdejmowania obuwia pozwolę sobie na anegdotkę, która wprawdzie nic nie ma wspólnego z polskim regionalizmem, ale wydaje mi się zabawna. Otóż, kiedy w latach osiemdziesiątych dość regularnie odwiedzałem niemieckie miasto Heidelberg, zaprzyjaźniłem się tam z moim rówieśnikiem, Turkiem o imieniu Reha. Reha urodził się już w Niemczech, tamże ukończył studia i wprawdzie formalnie wyznawał islam, ale tak naprawdę, to o swojej religii miał pojęcie raczej blade. Zapewne mniejsze nawet niż ja. Co do mnie, to w Heidelbergu poznałem jeszcze kilka rodzin tureckich, ale to już takich prawdziwych, świeżych emigrantów. Ludzi prostych i oczywiście gorliwych wyznawców Mahometa. Jakoś widocznie polubili mnie oni, bowiem któregoś dnia zostałem zaproszony na obiad do jednej z tych rodzin. Ja niewierny! Dla towarzystwa zaproszono także Rehę. I tutaj o mało nie doszło do kompromitującej wpadki mojego przyjaciela. Otóż do domu mahometanina, podobnie jak do świątyni, absolutnie nie wolno wejść w żadnym obuwiu. Ja, oczywiście, doskonale o tym wiedziałem i tuż przed drzwiami zdjąłem buty, ale mój turecki niby-islamista usiłował wleźć do środka w sandałach. Ledwo zdążyłem powstrzymać go w drzwiach. Gdyby nie to, byłby mój Reha całkowicie skończony w środowisku tureckim.
Wróćmy do Polski. Mieszkam w Szczytnie od kilkunastu lat, a jednak wciąż nie mogę przywyknąć do obcego mi obyczaju wspólnego biesiadowania, które rozpoczyna się od podania zupy i gorącego dania, a dopiero później serwuje się zimne przekąski. Czyli zupełnie odwrotnie niż w dużych miastach. Zresztą nie tylko polskich, ale także europejskich. Kiedy zaledwie poznałem Szczytno, spotkaliśmy się z żoną w restauracji z zaprzyjaźnionym, tutejszym małżeństwem. Przeglądając kartę dań spytałem zacne towarzystwo: „to jakie bierzemy zakąski? Jest śledzik, tatar i ryba faszerowana”. „Coś ty? To może przekąski potem, najpierw weźmy coś porządnego. Ja polecam golonkę” - odpowiedział mój współtowarzysz. Wówczas zdumiałem się, ale później (dużo później) zrozumiałem, że ów regionalny zwyczaj podania biesiadnikom, zaraz na wejście, czegoś gorącego zachował się od dawnych czasów, gdy gość najczęściej przybywał z daleka, pojazdem konnym, mógł być zatem zmęczony, zmarznięty (zwłaszcza zimą) i oczywiście głodny. W dużych miastach ludzie na ogół są syci, a spotykają się w większym gronie, żeby sobie pogadać, wypić wódeczkę i ogólnie rzecz ujmując - pobarłożyć. Wyznaczają godzinę spotkania i pomału zbierają się w umówionym miejscu. Każdy przyjeżdża tak, jak mu miejska komunikacja pasuje. Mniej więcej w ciągu pół godziny. Natomiast nikt NIGDY nie pojawi się przed godziną wyznaczoną. To nie należy do „dobrego tonu”. Zwłaszcza przedwczesne przybycie do domu prywatnego uważane jest za wręcz obraźliwe wobec gospodarzy. Stół od początku zastawiony jest zimnymi zakąskami, które spożywają biesiadnicy oczekując na komplet gości. Pierwsze gorące danie podaje się najwcześniej po godzinie od wyznaczonej na start. Przed laty opowiadał mi szczycieński restaurator, jak to kiedyś organizował w swoim lokalu przyjęcie dla grupy z Warszawy. O wyznaczonej godzinie oczekiwał gości z gorącymi daniami, a „te cholery” zbierały się prawie trzy kwadranse. Był zrozpaczony, bo wszystko mu wystygło.
Takie sobie zabawne, regionalne odrębności. A jednak... Mieszkam w Szczytnie i biesiaduję po tutejszemu (jeśli trafisz między wrony...), a jednak moje wieloletnie wcześniejsze przyzwyczajenia są wciąż nade wszystko. Nadal nie wyobrażam sobie rozpoczęcia biesiadowania inaczej niż od śledzika + mała, zimna wódeczka. Po zupie, czy innym ciepłym daniu śledzik już mi nie pasuje. Stracone danie. Toteż na miejscowych przyjęciach zawsze kombinuję, jak tylko potrafię, aby jednak „wyjść na swoje”. .
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
