W związku ze zbliżającym się terminem otwarcia nowej galerii handlowej przy ulicy Odrodzenia, na placu po dawnym kinie „Jurand”, docierają do mnie, głównie poprzez prasę, dziwne wieści.
Mianowicie fama głosi, że być może wykorzystane zostaną, przy aranżacji nowo powstałej w galerii sali kinowej, elementy mozaiki zdobiące budynek. Akurat tak się składa, że to ja jestem tym facetem, który czternaście lat temu uratował kilka (!) elementów dawnej elewacji. Od tego czasu ich właścicielem jest Towarzystwo Przyjaciół Muzeum w Szczytnie. Co do mozaiki, to z kilkunastu potłuczonych kafli nic sensownego nie da się dzisiaj złożyć. Natomiast udało się uratować kilka fragmentów rzeźb. Znakomitych i wartych wyeksponowania. I to mógłby być jakiś pomysł.
Opiszę zatem, jak to naprawdę było i jak jest obecnie z owymi reliktami dawnego Szczytna.
W roku 2006, o ile pamięć mnie nie zawodzi, zburzono budynek kina. Zrobiono to brutalnie, rozwalając wszystko jak leci. W kupę gruzu. Nikt nie demontował ani rzeźb, ani mozaiki. Mechaniczne młoty rozpieprzyły wszystko w stertę kamieni i ceramiki. Byłem w tym czasie już związany ze Szczytnem, ale mieszkałem „okrakiem”, czyli trochę tutaj, trochę w Warszawie. Jako architekt wszędzie coś tam projektowałem. Akurat pracowałem w Warszawie, kiedy zadzwonił do mnie Janek Napiórkowski, artysta plastyk, aktualnie szef galerii sztuki w Wyższej Szkole Policji. Był bardzo zdenerwowany, bo właśnie zobaczył jak maszyny niszczą elewacje kina i pytał mnie czy coś mogę zaradzić. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Kilka słów o walorach artystycznych zachowanych resztek. Kino zbudowano w latach pięćdziesiątych. Mozaiki wykonał olsztyński artysta o nazwisku Jankowski, co zapamiętała ówczesna kierowniczka muzeum w Szczytnie Stanisława Ostaszewska. Ale imienia nie pamięta. Gorzej z identyfikacją artysty rzeźbiarza. Gołym okiem widać (trochę znam się na tym), że to nie byle kto. Nie byłem w stanie dowiedzieć się nazwiska, bowiem okazało się, że artysta ów „wybrał wolność”, czyli, jak to mówiło się w tamtych latach - uciekł. Do Niemiec. Wówczas NRF. Wymazano go zatem z wszystkich polskich katalogów, publikacji, encyklopedii i tym podobnych. Ale uparłem się i dotarłem do jego danych poprzez niemiecki związek artystów plastyków. Niestety, było to kilkanaście lat temu, a nie zapisałem sobie tego nazwiska. Dzisiaj go już nie pamiętam. Tyle tylko, że było krótkie i na literę „M”. W Niemczech ów rzeźbiarz był bardzo wysoko notowany. Oczywiście ten człowiek już od wielu lat nie żyje.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
